Sylwetka | Dorota Abbe

Dorota Abbe

Dorota Abbe jest z wykształcenia aktorką i romanistką. W 2000 roku ukończyła wydział aktorski na PWSFTviT w Łodzi. Przez 11 lat związana była z Wrocławskim Teatrem Współczesnym, w latach 2001 i 2003 zasłużyła na miano najlepszej aktorki sezonu. W 2007 roku odznaczona została brązowym medalem Zasłużony Kulturze Gloria ArtisodMinistra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Od października 2011 jest aktorką Teatru Nowego w Poznaniu.

Spełnia się również jako pedagog i reżyser. Prowadzi zajęcia w poznańskim studio aktorskim STA, pracuje z licealistami oraz z dziećmi z niepełnosprawnościami.

W 2013 roku, z kilkorgiem rezydentów Ośrodka dla Bezdomnychw Szczepankowie, stworzyła Grupę TeatralnąWikingowie z którą zrealizowała trzy spektakle.

Współpracuje również z Centrum Sztuki Dziecka i Sceną Wspólną. Wyreżyserowała tam kilka czytań performatywnych, a w 2017 r. odbyła się premiera spektaklu “Jeremi się ogarnia. LOL.” w jej reżyserii.

W sierpniu 2018 r. Dorota Abbe założyła Fundację Na Marginesie, której celem jestpropagowanie ideałów tolerancji i poszanowania godności osobistej oraz ideologicznej, przeciwdziałanie dyskryminacji i wykluczeniom,  za pośrednictwem sztuki i edukacji.

ONEPoznan: Czy uważa się Pani za osobę waleczną, a jeśli tak, to z kim lub z czym Pani walczy?

Nie lubię walczyć. Lubię proces, lubię, kiedy coś, na czym mi zależy w swoim tempie kiełkuje, dojrzewa, przechodzi kolejne etapy i w końcu się rodzi. Walka z założenia jest desperacka, brutalna i pociąga za sobą ofiary. Oczywiście, są sytuacje, kiedy walczyć trzeba. Kiedy jest się postawionym pod ścianę. Albo kiedy na drodze do upragnionego celu pojawiają się ciągłe przeszkody. Więc tak, w pewnym sensie jestem waleczna, chociaż moja waleczność to raczej upór i konsekwencja. Bo kiedy coś jest dla mnie ważne to uparcie i konsekwentnie dążę do celu.

fot. Mateusz Matuszewski

Dlaczego aktorka, zamiast jeździć na castingi i zajmować się rozwojem swojej kariery zawodowej, postanawia pracować z bezdomnymi?

Zacznijmy od początku. Castingów nigdy nie lubiłam – to taka właśnie forma „walki”, za którą nie przepadam. A jednak w pewnym momencie życia znalazłam się w sytuacji, w której sama się na tę walkę skazałam. Po kilku latach etatu we Wrocławiu, w moim ukochanym Teatrze Współczesnym, przeprowadziliśmy się z mężem do Warszawy.

A w Warszawie – dżungla. Tłumy na castingach, znajomości, zawrotne tempo, trzeba ciągle o coś prosić, narzucać się, przypominać. Nie, żebym o tym nie wiedziała, ale mimo wszystko, kiedy znalazłam się w oku cyklonu i poczułam to na własnej skórze, zaczęło mnie to  frustrować.

Kiedy minęła frustracja, zaczęłam się zastanawiać, co tak naprawdę chciałabym robić. Teatr od zawsze, od kiedy pamiętam, był moją pasją i moim życiem, więc moje plany i marzenia teraz też krążyły wokół niego.

Doszłam do wniosku, że chcę po pierwsze mieć większy wpływ na to, co robię, po drugie mówić o tym, co naprawdę ważne, w takiej formie, jaka mnie interesuje.

Takie negocjacje z samą sobą?

Tak. I kiedy dogadałam się z sobą co do moich potrzeb i pragnień – co było procesem długotrwałym i niełatwym – sprawy zaczęły się układać. Częściowo z mojej inicjatywy, częściowo zaczęły przychodzić z zewnątrz. Myślę, że tak przeważnie jest, kiedy się na coś po prostu otworzymy.

I co przyszło z zewnątrz?

Pojawiła się perspektywa pracy w Teatrze Nowym Poznaniu, propozycja prowadzenia zajęć dla młodzieży, pierwsze doświadczenia reżyserskie i moja przyszła Grupa Teatralna Wikingowie.

Grupa Teatralna Wikingowie

Jak się poznaliście?

Pamiętam jak jeszcze we Wrocławiu koleżanka z garderoby, wspaniała aktorka Ela Golińska, opowiadała mi o swojej pracy z więźniami. Prowadziła z nimi warsztaty teatralne, których efektem końcowym miał być spektakl. Opowiadała mi o ich historiach, o tym, jak stopniowo się otwierali, angażowali. Słuchałam jej z wypiekami na twarzy. To właśnie chciałabym robić – myślałam. To właśnie ma sens. Teatr, który zmienia czyjeś życie, który dotyka, porusza wszystkich jego uczestników, twórców i odbiorców.

Do Ośrodka dla Bezdomnych w Szczepankowie przyjechałam na zaproszenie opiekunki socjalnej, która postanowiła zrobić spektakl z jego mieszkańcami, na temat ogrzewalni. Mimo przeznaczonych na nią środków z budżetu obywatelskiego, ogrzewalnia nie mogła powstać w Poznaniu z powodu protestu okolicznych mieszkańców. Ja miałam tylko pomóc, skonsultować, doradzić. Ale kiedy zobaczyłam chłopaków, ich autentyczność i potrzebę wypowiedzenia się, ich zawstydzenie i skorupę, a jednocześnie niezwykłą wrażliwość i desperację, potrzebę zrobienia teatru dla sprawy, dla siebie i dla innych, te uczucia wróciły. Wiedziałam od razu, że zostanę z nimi na dłużej. I tak mija właśnie 5 lat…

Osoby bezdomne to tylko jedna z grup, z którymi Pani pracuje. Są także dzieci, licealiści, studenci. Może minęła się Pani z powołaniem pedagogicznym?!

Dla mnie to wszystko związane jest z tym samym: potrzebą mówienia o rzeczach ważnych i wymianą energii z ludźmi, którzy tego potrzebują, tak jak ja. Edukacja odbywa się przy okazji. Lubię w pracy partnerstwo i wszystkich z którymi pracuję traktuję jak partnerów, nie jak uczniów. To zawsze jest wymiana, korzyść obopólna. Od moich partnerów wymagam tyle ile wydaje mi się, że mogę, adekwatnie do ich możliwości, które staram się rozeznać. Poznaję też ich potrzeby i oczekiwania wobec mnie i naszej pracy. Sama też się od nich uczę.

Dzięki studentom czuję się młodsza i uczę się coraz to nowych sposobów na to, jak komunikować wiedzę o aktorstwie, które jest tak ulotne i niewymierne… Teraz na przykład uczę improwizacji, to jest dla mnie nowe doświadczenie, uczę się zupełnie nowej dla mnie techniki.

Od dzieci z niepełnosprawnościami nauczyłam się niezwykłej radości życia i radości z pokonywania kolejnych barier, z małych kroczków.

Od młodzieży licealnej dowiedziałam się, co nurtuje to pokolenie, które za chwilę będzie kształtować naszą rzeczywistość, o czym trzeba z nimi rozmawiać, nad czym warto pracować,  żeby ta przyszła rzeczywistość była lepsza.

Na Scenie Wspólnej, po premierze “Jeremi się ogarnia. LOL”.

A od Winkingów ze Szczepankowa?

Od moich chłopaków? Ogromną wartością jest dla mnie to, że to tak długo trwa i przybiera różne kształty, zmienia się, ewoluuje. Nauczyłam się cierpliwości, konsekwencji, ale też odpuszczania, wybaczania, tego, że czasem trzeba upaść, po to, żeby potem się podnieść i zacząć od początku…

Wszystkie te prace to też spotkania z ludźmi, z ich wrażliwością, innością, kreatywnością, słabościami i zmaganiem się z nimi. Są to jednak na ogół ludzie dorośli, ludzie, którzy są w tych miejscach świadomie, z wyboru, dlatego, że chcą się czegoś nauczyć. Nie mogłabym uczyć w szkole, gdzie zajęcia są obowiązkowe dla wszystkich uczniów, a dla niektórych to zło konieczne. Poza tym dzieci w większej ilości mnie przerażają. Podziwiam i szanuję nauczycieli, ale nie wyobrażam sobie być jedną z nich.

Ile ma Pani w sobie z typowej „Matki Polki”?

Pracuję dużo, ale są też okresy, kiedy mam sporo wolnego czasu. Tak jest w tym zawodzie. Wtedy gotuję, sprzątam, piorę. Jestem „Matką Polką” (śmiech). Tak, to prawda, na co dzień, w ferworze nadmiaru zajęć, zdarzają się całe tygodnie, kiedy to wszystko robi wyłącznie mój mąż. Takie mam szczęście, takiego mam faceta.

Bycie matką jest absolutnie i bezwzględnie najważniejszą i najpiękniejszą rzeczą, jaka mnie w życiu spotkała. Kiedy Zuza była mała, przez pierwsze trzy lata, byłyśmy prawie ciągle razem. Potem, kiedy zaczęły się różne prace, też zawsze pilnowałam, żeby znajdować dla niej czas.

Ona także kocha teatr, jest w Łejerach, jedynej chyba szkole w Polsce, która ma swój własny teatr. Często ją zabieram do różnych moich prac. Odrabia lekcje w garderobie. Jeździ ze mną do Ośrodka dla Bezdomnych. Na Scenie Wspólnej, kiedy pracowałam nad „Sztuką bez babci”, często suflowała, a reżyser słuchał jej porad. Kumpluje się z moimi kolegami i koleżankami, zna na pamięć moje teksty.

Ma 11 lat i jest naprawdę niezwykłą, piękną, mądrą, dziewczyną z absurdalnym poczuciem humoru. Czasami zaskakuje mnie swoją dojrzałością. Dogadujemy się cudownie, kochamy się szaleńczo, lubimy razem spędzać czas. Mam nadzieję, że tak zostanie.

Próba do “Lalek” – spektaklu dyplomowego w STA.

W sierpniu tego roku założyła Pani Fundację Na Marginesie, która za pośrednictwem sztuki i edukacji ma propagować ideały tolerancji i poszanowania godności osobistej. Jakie działania obejmuje ta fundacja i kto jest ich docelowym odbiorcą?

Fundację założyłam głównie ze względu na  Wikingów, z którymi zrobiłam już kilka projektów jako grupa nieformalna. W zdobywaniu grantów i rozliczaniu ich pomagały nam zaprzyjaźnione stowarzyszenia. W końcu znalazłam osobę, która namówiła mnie na założenie fundacji. To Iza Nowacka, na co dzień pracująca w Centrum Sztuki Dziecka, równie jak ja zapalona do tej roboty, ale dziesięć razy bardziej ogarnięta. Bez niej nie zdobyłabym się chyba na ten krok. Teraz mogę to robić bez pośredników. Zaczęłam pracować na własny rachunek i to mnie niezmiernie cieszy.

Oprócz pracy z Wikingami mam w głowie sporo pomysłów na projekty związane z różnymi grupami społecznie wykluczonymi lub narażonymi na wykluczenie.

Po premierze “Powrotu Wikingów”

W którym momencie, według Pani, zaczynamy mówić o wykluczeniach?

Moim zdaniem każde uprzedzenie jest w równym stopniu niebezpieczne. Nie ma znaczenia, czy jego podmiotem jest orientacja seksualna, narodowość, płeć, wiek, pozycja społeczna czy niepełnosprawność. Zaczyna się od „niewinnych” żartów, potem jest agresja słowna, a może skończyć się na przemocy, a nawet ludobójstwie. Ja jestem pół Żydówką, a cała rodzina od strony mojego ojca zginęła w Holokauście. To mnie ukształtowało i wyczuliło na wszelkie formy uprzedzeń i dyskryminacji.

Z młodzieżą w Niepublicznej Szkole Podstawowej i Gimnazjum “Zawsze Razem” w Poznaniu.

Z drugiej strony widzę w ludziach więcej dobrego niż złego. Zastanawia mnie, co powoduje to, że na jakimś etapie życia  człowiek zaczyna się uprzedzać, nie tolerować, nienawidzić. Myślę, że często wynika to z własnych krzywd, bólu, który szuka ujścia,  z potrzeby znalezienia winnych, z lęku, braku pewności siebie,  a także z wychowania, reguł wpojonych przez rodziców i dziadków, szeroko rozumianą tradycję.

Jestem przekonana, że na każdym etapie życia człowiek może zmienić swoje spojrzenie, podejście. Często lęk wynika z niewiedzy, nieznajomości. Większość antysemitów nie widziało na oczy Żyda, większość homofobów nie zna żadnego geja itd. Zapoznanie, zbliżenie, konfrontacja to połowa sukcesu.

O czym robicie zatem spektakle z osobami bezdomnymi? Czy opowiadają sami o sobie?

W ostatnim spektaklu moich Wikingów – „Sztamie”, opowiadamy historię grupy artystów z kręgu LGBT, która przyjeżdża do ośrodka dla bezdomnych, żeby robić tam teatr. Z początku obie grupy są nastawione do siebie sceptycznie, a nawet wrogo, każda z nich ma swoje wyobrażenia, klisze na temat tej drugiej. Z biegiem czasu i pracy nad spektaklem poznają się  i okazuje się, ze więcej ich łączy niż dzieli.

To jest coś, w co bardzo wierzę. I wiem, że tak może być. Spektakl czerpie z życia, zainspirowany jest z jednej strony historią naszej grupy, a z drugiej – opartym na faktach filmem „Pride”, mówiącym o grupie gejów i lesbijek, którzy wsparli strajk górników w Wielkiej Brytanii za rządów Margaret Tatcher.

Teatr jest dla mnie świetną płaszczyzną do takich spotkań. Praca w teatrze zbliża ludzi, wymaga wzajemnego zaufania i współpracy, prowokuje do wyrzucenia z siebie emocji, tych negatywnych i pozytywnych, do konfrontacji z samym sobą i z innymi.

Po premierze “Alicji”, z Klubem przy Wspólnej.

Tyle się dzisiaj mówi się o nierównościach na gruncie zawodowym. W końcu o ich zniwelowanie walczyły nasze babki. Jeśli chodzi teatr możemy wspomnieć kult młodości, brak ciekawych kobiecych ról, na który skarżą się aktorki.  Ciekawa jestem Pani opinii.

To prawda, że w środowisku teatralnym i filmowym te zjawiska, o których Pani mówi są obecne. Dla kobiet jest mniej ról, zwłaszcza dla tych starszych. Ale to jest związane z kultem młodości i wypieraniem starości i śmierci w ogóle, w naszym europejskim współczesnym społeczeństwie, nie tylko w teatrze. Postaci kobiece są często zmarginalizowane, sztampowe i mniej ważne od męskich. Problem ten istnieje głównie w nurcie tradycyjnym, serialowo – mieszczańskim.

W tzw. „nowym” teatrze i w offie działa mnóstwo wspaniałych, mądrych, zdolnych i silnych kobiet – reżyserek, aktorek, scenografek, autorek – które mówią własnym głosem,   słyszalnym i ważnym.

W tradycyjnym, patriarchalnym teatrze dostrzegam jeszcze jeden problem dotyczący aktorów, zarówno kobiet, jak i mężczyzn. To  wpajane nam przez całe pokolenia poczucie, że jesteśmy gów…m armatnim i nie mamy prawa głosu, że mamy się przygotować na wszelkiego rodzaju upokorzenia ze strony na przykład reżyserów i producentów, że „aktor jest od grania, jak dupa od srania” i tego typu obrzydliwe bzdury. Zaczyna się to już w szkołach teatralnych od fuksówki.

To taka aktorska odmiana wojskowej fali?

Tak i ja nie jestem w stanie zaakceptować takiego podejścia. W teatrze, moim zdaniem, liczy się przede wszystkim partnerstwo, zespołowość i wzajemny szacunek. Na szczęście w pracy zawodowej częściej spotykałam się z takim traktowaniem, niż tym, o którym wspomniałam wcześniej. Myślę, że w pokoleniu obecnych trzydziesto i czterdziestolatków pracujących w teatrze hierarchizacja i przedmiotowe traktowanie aktorów odchodzi do lamusa, a wraz z nim dyskryminacja kobiet.

Czy powrót do Poznania, po latach studiów w Łodzi i pracy we Wrocławiu, oznacza, że odnalazła tu Pani swoje miejsce do pracy, życia, do działania?  

Odnalazłam tu swoje miejsce, tak. A właściwie miejsca. W rodzimym Teatrze Nowym, który jest moim drugim domem i na Scenie Wspólnej, z którą często współpracuję i którą uwielbiam i w Grupie Teatralnej Wikingowie, która jest moim ukochanym dzieckiem i w studiu aktorskim STA, w którym spotykam niezwykłych młodych ludzi, i na moim strychu na Łazarzu, który jest moim „prawdziwym” domem, urządzonym dokładnie tak, jak oboje z mężem sobie wymarzyliśmy i w różnych zakątkach Poznania, w którym wydeptałam sobie inne ścieżki niż te z dzieciństwa.

Czy zostanę tu na stałe? Tego nie zakładam. Na razie jest dobrze, może nawet lepiej niż dobrze. Ale lubię zmiany. Jestem otwarta na to, co przyniesie jutro.

Za co lubi Pani to miasto i czy jest coś, czego Pani w Poznaniu nie znosi?

Bardzo lubię Poznań obecny. Bardziej niż ten, jaki pamiętam z czasów, kiedy z niego wyjeżdżałam. Lubię go za zieleń, parki, lasy i jeziora, za ścieżki rowerowe, za sprawną, punktualną komunikację miejską. Za to, że jest w tej chwili miastem otwartym, nowoczesnym, przyjaznym i każdy może tu znaleźć swoje miejsce. Nie lubię tego, że pod tą twórczą, świeżą i otwartą na świat warstwą czai się ciągle taka mieszczańska wygoda, która rozleniwia, usypia czujność i każe ładnie się ubierać do teatru na „ładne i przyjemne sztuki”.

Jaką radę dałaby Pani o połowę młodszej sobie?

Słuchaj siebie. Jeśli na czymś naprawdę ci zależy, to  rób to albo dąż do tego tak długo, jak to jest konieczne. Jeśli po drodze o tym zapomnisz lub się zniechęcisz, to znaczy, że nie było to wystarczająco ważne. Szukaj równowagi między życiem zawodowym i prywatnym. Doceniaj rodzinę i przyjaciół, dbaj o nich. Dbaj o siebie, nawet jeśli robisz mnóstwo rzeczy dla innych, nie zapominaj o sobie. I odpuść sobie czasem. Nie zawsze trzeba wygrać. Nie zawsze warto.

Żyj tu i teraz.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Jolanta Kazimierowicz

Stulecie praw Kobiet – Emancypantki na imieninach ulicy

“Odważmy się być wolnymi, poznajmy naszą siłę!” –  11 listopada ulicami Poznania przeszedł herstoryczny marsz poznańskich emancypantek.

Sto lat temu kraj odzyskał niepodległość a kobiety w Polsce wywalczyły prawa wyborcze. ONEPoznan świętował 100-lecie praw wyborczych kobiet w najlepszym możliwym towarzystwie! Do herstorycznego pochodu obywatelek podczas Imienin Ulicy św. Marcin w Poznaniu dołączyły (przebrane w stroje z epoki) aktywistki miejskie, naukowczynie, miejskie radne oraz kobiety, które postanowiły oddać hołd swoim przodkiniom, które wywalczyły dla nas prawa wyborcze.

Zainspirowane strojami emancypantek, stworzyły własne kostiumy nawiązujące do mody sprzed 100 lat. Po marszu wzięłyśmy udział w herstorycznej sesji zdjęciowej.

Przypominamy, że to właśnie poznanianki, jako pierwsze w Polsce mogły cieszyć się biernymi i czynnymi prawami wyborczymi w praktyce. To tutaj po raz pierwszy w historii Polski w sejmie zasiadały kobiety!
Polski Sejm Dzielnicowy obradował w Poznaniu w dniach 3-5 grudnia 1918 r. Według oficjalnego spisu z 1918 r. na Sejm wybrano 1398 posłów, w tym aż 129 kobiet (9 proc. mandatów).
W czasie obrad sejmu postulowano między innymi o utworzenie zjednoczonej, wolnej Polski – włączenie ziem pruskich do odradzającej się Polski na mocy konferencji pokojowej (nie powstania). Przyjęto nowy skład Naczelnej Rady Ludowej i jej Komisariat, które uzyskały pełną legalizację i uznanie Polaków ziem zaboru pruskiego. Przyjęto też uchwały dotyczące m.in. spraw socjalnych i oświatowych, a także utworzenia uniwersytetu w Poznaniu. Sejm Dzielnicowy był ważną manifestacją patriotyzmu w podzielonej Polsce, pokazał również jedność Polaków zaboru pruskiego, nowoczesne i demokratyczne sposoby obejmowania i sprawowania władzy oraz był istotnym krokiem ku Powstaniu Wielkopolskiemu.

Zobaczcie naszą fotorelację!

Cytat na dobry TYdzień | Maria Rataj

Maria Rataj (ur. 6 lipca 1918 w Kaliszu, zm. 8 czerwca 1995 r. w Poznaniu), właściwie Marianna Rudowicz – polska pisarka, autorka wspomnień z przedwojennego Poznania pt. Zaułki grzecznego miasta.

Pochodziła z biednej polsko-niemieckiej rodziny. Miała młodszego brata Romana i starszą siostrę Stanisławę. Ojciec, Janusz, porzucił rodzinę we wczesnym okresie życia Marii. Matka prowadziła swobodny styl życia, więc córka musiała dość szybko zająć się utrzymaniem rodziny. Maria korzystała z pomocy różnych parafialnych organizacji charytatywnych. Po II wojnie światowej utrzymywała się z renty. Urodziła dwóch synów.

Na początku lat 50. Rataj rozpoczęła spisywanie wspomnień z okresu dwudziestolecia międzywojennego i okupacji niemieckiej w Poznaniu. Poprzez dziecięce anegdoty ukazała barwny obraz marginesu społecznego stolicy Wielkopolski. Dzięki pomocy eseisty i publicysty Aleksandra Rogalskiego dostała stypendium Związku Literatów Polskich (chociaż do samego związku nigdy nie została przyjęta, co uzasadniano zbyt niewielkim dorobkiem literackim). Tekst wspomnień autorka ukończyła w 1956 roku. Prozaik Zdzisław Romanowski zredagował go: dokonał skrótów i zmian stylistycznych, a niektóre fragmenty usunął, prawdopodobnie ze względów politycznych. Wspomnienia ukazały się drukiem w 1962 roku nakładem Wydawnictwa Poznańskiego. Książka okazała się bestsellerem – w ciągu czterech miesięcy sprzedano 10 tys. egzemplarzy. Prasa recenzowała Zaułki grzecznego miasta bardzo pozytywnie.

Maria Rataj jest także autorką nieopublikowanego zbioru opowiadań Bez parawanu. Została pochowana na cmentarzu Miłostowo w Poznaniu.

W 2007 ukazało się nakładem wydawnictwa Kwartet wznowienie wspomnień Rataj, pod tytułem Grzeszne miasto. Tekst został zredagowany ponownie na podstawie rękopisów autorki, bez ingerencji Romanowskiego, ze znacznie zwiększoną ilością stron. (Wikipedia)

 

O Marii Rataj

  1. Maria Rataj (pol.). kolektywbibianny.wordpress.com. [dostęp 2017-06-13].
  2. Skocz do góry ↑Magdalena Bednarek: Poznań z perspektywy:: klasa i płeć społeczno-kulturowa jako kategorie kształtujące obraz miasta w pisarstwie wspomnieniowym (pol.). W: Półrocznik „Porównania” vol. XI ISSN 1733-165X [on-line]. Uniwersytet im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, 11/2012. [dostęp 2017-03-12]. s. 217–231.
  3. Skocz do góry ↑Natalia Mazur: Dziewczyna z Wildy, przez którą nie można spać (pol.). Agora, 19 stycznia 2014. [dostęp 2017-03-12].

 


Grzeszne Miasto

Maria Rataj

“Poznań, to miasto przygarnęło mnie do siebie. Zależnie od kaprysu to gnało ulicami do utraty tchu, skręcając kiszki z głodu, to niby ostatni sadysta odsłaniało przed młodocianymi oczyma dzieje grzechu, jęk ciemnych zaułków, lub oczarowało blaskiem neonów i dobrobytu.
Nie tylko w mieście miałam rodzica, bo znalazłam prócz rodzonej, jeszcze drugą matkę, Wartę. Ukochałam ją ponad wszystko, a gdy okrutne miasto odbierało mi radość życia, gdy doprowadzało do rozpaczy, u niej znajdowałam zawsze ukojenie. To ona chłodziła swym zimnym dotykiem me rozpalone gorączką ciało, to ona przyjmowała gorzkie łzy bólu i rozpaczy i wreszcie ona otwarła mi oczy na piekło. Nad Wartą dumałam w ciemne, długie wieczory, zachwycając się pięknem, często nieludzkiego, miasta. Nad Wartą siedziałam skoro świt, by oglądać wyłaniające się miasto w złotych promieniach słońca, które mi wówczas słało uśmiechy odblaskiem tysiąca szyb i smukłych wież, by potem wrócić z powrotem i znów cierpieć lub radować się. Tak więc mając podwójnych rodziców, byłam jednak sierotą i w najcięższych chwilach życia zawsze samotną, zdaną tylko na siebie.”

Wydawnictwo: Kwartet | Rok wyd.: 2007 | ISBN: 9788360069608

Kolejne sukcesy Maestry Agnieszki Duczmal oraz Amadeusa – tym razem w Meksyku!

Z dumą umieszczamy relację Katarzyny Liszkowskiej z podróży Orkiestry Kameralnej Polskiego Radia Amadeus do Meksyku oraz niecodziennej i wspaniałej kolaboracji, w której uczestniczyła Maestra Agnieszka Duczmal.
Gratulujemy serdecznie!

„Dziewczynom wstęp wzbroniony?”

Dewizę Klubu dla Chłopaków Tubbiego Tompkinsa z „Dziewczynom wstęp wzbroniony” przypomniał recenzent podczas XXI Festival Cultural de Mayo w Guadalajara w Meksyku: „Kierowano się [nią] od zarania istnienia wielkich orkiestr. Furtwängler, Toscanini, Celibidache, Karajan i inni tylko w wyjątkowych sytuacjach pozwalali kobietom zająć miejsce za pulpitem. Taki stan rzeczy zmienił się dopiero w ostatnich dekadach ubiegłego wieku. Współcześnie nawet najbardziej konserwatywne zespoły […] mają w swoich składach kobiety, choć wciąż stanowią one mniejszość.”
(Jaime García Elías Niezapomniany wieczór, „El Informador” 24.05.2018)

W ramach XXI Festival Cultural de Mayo w Guadalajara koncertowała w tym roku Orkiestra Kameralna Polskiego Radia Amadeus i to pod batutą nie jednej, ale dwóch pań dyrygentek: swej założycielki Agnieszki Duczmal oraz jej córki Anny Duczmal-Mróz.

Koncert zachwycił krytyków muzycznych i publiczność wspaniałymi efektami muzycznymi – „zadziwiającym wdziękiem i świeżością pizzicato”, „przejrzystym i smakowitym wykonaniem Divertimenta K 138 Mozarta”; „w Orawie orkiestra udowodniła, że światowa krytyka zasłużenie zachwyca się legatem”. Publiczność dała szczery wyraz swojemu uznaniu zrywając się z miejsc na równe nogi – jak za dotknięciem ukrytego przycisku.

Kilka dni po zakończeniu festiwalu, w Teatro Dogollado w Guadalajara miał miejsce cykl prezentacji baletu „Romeo i Julia” Prokofiewa w wykonaniu zespołu baletowego i orkiestry filharmonicznej stanu Jalisco. Na zaproszenie dyrekcji Orquestra Filarmónica de Jalisco, kierownictwo muzyczne przedsięwzięcia sprawowała Agnieszka Duczmal.

Propozycja sięgnięcia po tę partyturę była dla polskiej dyrygentki równie niespodziewana co interesująca – „przypomniała mi lata spędzone w poznańskiej Operze gdzie przygotowałam premierę tego cudownego baletu, wspomina Agnieszka Duczmal’

Zdjęcia z konferencji prasowej z artystami Ballet de Jalisco

 

Muzycy orkiestry pokochali Agnieszkę Duczmal, która oczarowała ich wrażliwością i podejściem do muzyki (Cecylia, skrzypaczka studiująca przed laty w Warszawie wyściskała artystkę w imieniu całego zespołu):

Miłą niespodzianką było spotkanie z szefem Baletu Jalisco – okazał się nim polski tancerz i choreograf Dariusz Blajer:

Osobowość Agnieszki Duczmal wniosła niepowtarzalną i nadzwyczajną jakość do całego przedsięwzięcia artystycznego. Tak sama maestra wspominała pierwszy i ostatni spektakl „Romeo i Julia”:

Mimo, że upiekłam się żywcem stojąc za pulpitem dyrygenta, a spływającym z mego czoła potem można by napełnić niejedno wyschnięte koryto rzeki, miałam pełna satysfakcję z wykonania tego dzieła. A muzycy okazywali mi radość z naszej współpracy. To najmilsze chwile w pracy dyrygenta, gdy członkowie orkiestry gremialnie przychodzą podziękować za przekazywaną im podczas prób i koncertu muzykę.

Ostatnie minuty w Teatro Degollado. Tancerze wprowadzają dyrygentkę na scenę, burza oklasków i okrzyków skierowana jest teraz do wykonawców strony muzycznej. Dziękuję wspaniałym muzykom Orquesta Filarmonica de Jalisco! Dziękuję Marco Parisotto, Dariuszowi Blajerowi i Arturo Ricardo Gomez Paulat!”

Między występami Agnieszka Duczmal odpoczywała w „pueblo magico” – jednej z magicznych wiosek meksykańskich – w towarzystwie słynnych lokalnych muzyków „mariachi”.

Zdjęcia: Katarzyna Liszkowska, Orquesta Filarmónica de Jalisco.

UWAGA: Ostatnie zgłoszenia na konferencje “Samodzielność i wspólnota” w Gnieźnie

Wkrótce mija termin zgłoszeń referatów na konferencję „Samodzielność i wspólnota. W stulecie wywalczenia praw wyborczych Polek”, która odbędzie się 15 i 16 października 2018 r. w Gnieźnie, a organizuje ją Instytut Kultury Europejskiej UAM. Podczas wydarzenia paneliści i zaproszeni goście dyskutować będą o:

  • walce kobiet o prawa wyborcze na świecie/w Europie/Polsce okresu zaborów

  • bataliach kobiet o prawo do uczenia się i nauczania na uniwersytetach oraz wykonywania specjalistycznych zawodów

  • biografiach/autobiografiach emancypantek i emancypantów działających na rzecz równych praw oraz równych szans kobiet i mężczyzn
  • buncie przeciw tradycyjnym wzorcom, esencji i binarnemu porządkowi ze względu na płeć

  • klasie, rasie, światopoglądzie, orientacji seksualnej, wieku w dyskusjach feministycznych

  • matce narodu”, „matce Polski”, „matce Polce”, „wolnej Polsce”, „wolnej Polce”, czyli o tym, co dzieje się w sztuce

  • różnych sposobach definiowania pojęć: „wolność”, „równość”, „samostanowienie”, „wspólnotowość

    Szczegółowe informacje o konferencji, wystawach, koncercie, a także formularz zgłoszeniowy na:  https://samodzielnosciwspolnota.wordpress.com/