Inicjatorka

 

Dr Marta Mazurek jest z wykształcenia anglistką, ma stopień doktora w dziedzinie literaturoznawstwa amerykańskiego. Jest badaczką i nauczycielką akademicką w Instytucie Językoznawstwa na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, członkinią Rady Naukowej Interdyscyplinarnego Centrum Badań Płci Kulturowej i Tożsamości, UAM.
Jest członkinią Kongresu Kobiet.
Zainicjowała przyjęcie i wdrażanie przez Miasto Poznań Karty Różnorodności; współinicjowała samorządową Sieć dla Równości, której celem jest promowanie równości na szczeblu lokalnym, tworzenie katalogu dobrych praktyk antydyskryminacyjnych, podejmowanie wspólnych inicjatyw oraz dzielenie się nimi z innymi miastami w kraju.
Jest inspiratorką przyjętego przez Radę Miasta Poznania stanowiska ws. nadawania w 2018 r. nazw ulic na cześć ważnych kobiet w historii z okazji 100-lecia Praw Kobiet oraz wprowadzenia finansowanych z budżetu miasta zajęć przeciwdziałających dyskryminacji i wykluczeniu w poznańskich szkołach.

Więcej informacji na stronie Urzędu Miasta >>>

Marta Mazurek 

Pełnomocniczka Prezydenta Miasta Poznania ds. Przeciwdziałania Wykluczeniom

 

ONEPoznań: Rozmawiamy w 2018 r., w rocznicę stulecia uzyskania praw wyborczych przez kobiety w wielu krajach europejskich. Jest Pani inicjatorką powstania platformy internetowej, na której aktywne społecznie i zawodowo poznańskie kobiety oraz podejmowane przez nie inicjatywy mogłyby zostać zaprezentowane i usłyszane. To chyba jedyny taki, związany z obchodami Roku Kobiet, miejski projekt w Polsce?

Marta Mazurek: Tak, sądzę, że tak! Uważamy, że niezbędne jest pokazanie, że w naszym mieście jest dzisiaj tyle wspaniałej i wszechstronnej aktywności kobiet. Platforma ONEPoznań, na której ukazuje się ta rozmowa, jest akurat bardzo przydatnym narzędziem. Cieszę się, że powstała i będzie sie rozwijać, bo wierzę, że nagłośnione zostaną dzięki niej różnorodne inicjatywy poznanianek i Wielkopolanek, w których wiele osób będzie mogło dzięki temu wziąć udział.  I cieszę się, że jako pełnomocniczka Prezydenta Poznania mam możliwość zainicjować ten ważny dla Miasta projekt. Materiały, które tutaj się ukażą zostaną zarchiwizowane i mam nadzieję, że po zakończeniu Roku Praw Kobiet w Poznaniu zostaną utrwalone również w postaci porządnej publikacji.

A co dla Pani jako kobiety znaczy ta symboliczna rocznica?

To przede wszystkim rocznica prawdziwej i niekończącej się rewolucji, w której mam szansę mieć swój udział przez moją aktywność zawodową i społeczną. Mówiąc „prawdziwej” nawiązuję do przeczytanego kilka lat temu felietonu Agaty Bielik-Robson, w którym przytoczyła ona tezę uznanego amerykańskiego filozofa politycznego Michaela Walzera, że wszystkie gwałtowne zmiany w historii ludzkości na przestrzeni tysiącleci wypadają blado wobec tej jednej prawdziwej rewolucji, czyli walki o równouprawnienie kobiet.

Stulecie to ważna okazja – a może raczej obowiązek – do spojrzenia wstecz, do przypomnienia sobie i innym osiągnięć tej rewolucji oraz tych kobiet, dzięki którym możliwe jest to, co mamy dzisiaj i to, w jakim miejscu się znajdujemy. Stąd ogromne bogactwo podejmowanych w całej Polsce inicjatyw i projektów na temat historii kobiet – „herstorii”, jak przyjęło się nazywać historię kobiet z angielska. Mają one na celu przypominanie o ważnych, dzielnych kobietach, które przełamywały bariery w dziedzinie polityki, kultury, nauki czy obyczajowości i stały się przez to symbolami postępu, a dla nas dzisiaj mogą uchodzić za wzory do naśladowania. Bez względu na to, jak patetycznie brzmi to, co powiedziałam, ja naprawdę uważam, że amnezja jest obezwładniająca dla współczesnych kobiet i zabójcza dla naszej emancypacji.

W Urzędzie Miasta pełni Pani funkcję pełnomocniczki Prezydenta Miasta Poznania ds. przeciwdziałania wykluczeniom. Zapewne wiele osób uważa, że zajmuje się Pani głównie wykluczeniami z powodu niepełnosprawności, koloru skóry, orientacji seksualnej czy też wyznania. A przecież kobiety mają już pełnię praw na równi z mężczyznami. Czy ciągle doświadczamy w Poznaniu dyskryminacji związanych również z płcią? 

Kobiety jako grupa społeczna (która jest, oczywiście, niejednorodna) doświadczają dyskryminacji ze względu na płeć bez względu na to, jak dobrą mamy Konstytucję i bez względu na to, czy mieszkamy w Poznaniu czy nie. Od października 2016 roku kobiety w Polsce i na świecie masowo wychodzą na ulice – to chyba najlepszy wskaźnik tego, że prawa człowiecze kobiet nie są respektowane. A powód jest taki, że żyjemy w świecie patriarchalnym, w którym niższa pozycja kobiet jest uwarunkowana systemowo i kulturowo i jest nam wszystkim wpajana w procesie socjalizacji.

Ale kobiety dzisiaj zajmują wysokie stanowiska, są aktywne zawodowo…

To świetnie, że kobiety są aktywne zawodowo, ale często stanowią tanią siłę roboczą, o czym świadczy płaca w sektorach, w których przeważnie pracują. To są zawody ważne dla funkcjonowania społeczeństwa, często związane z opieką (bo kobiecość jest kojarzona z opiekuńczością), gdzie mizeria wynagrodzenia woła o pomstę do nieba. Wspomnieć również trzeba o luce płacowej, czyli gorszym wynagradzaniu kobiet niż mężczyzn mających te same kwalifikacje i wykonujących tę samą pracę. W zależności od sposobu kalkulacji podaje się, że w Polsce wynosi ona od 7 do 19 procent, co średnio wynosi około 700 złotych miesięcznie. Proszę to sobie pomnożyć przez liczbę przepracowanych lat…

Dane dla Wielkopolski przytoczone przez Ewę Myszkowską na konferencji Czas na Kobiety wskazują, że im wyższe stanowisko, tym ta luka jest większa i dochodzi do 34%. I to jest według mnie wiarygodne, jeśli spojrzymy z kolei na lukę emerytalną, która dla Europy wynosi 39%. Opublikowane niedawno informacje z ZUS wskazują, że ostatnie obniżenie wieku emerytalnego dla kobiet skutkuje tym, że wypłacana kobietom przeciętna emerytura jest aż o 80% niższa niż ta wypłacana mężczyznom. Z tego wynika, że bieda ma twarz, i jest to twarz kobiety. Wynika też to, że z pewną dozą nieufności należy przyglądać się wszelkim „przywilejom” serwowanym kobietom, bo one często w ogóle przywilejami nie są. Na dowód podziwu godnej przedsiębiorczości kobiet podaje się wysoki odsetek przedsiębiorczyń, ale wiele z tych, które znam to również kobiety zmuszone przez pracodawców do zarejestrowania działalności po to, żeby pracę utrzymać.

Wie Pani, ja uważam, że zdolność ekonomiczna do samodzielnego życia to podstawa. Ona pozwala kobietom na przykład wyzwalać się z przemocowych relacji, które są dla nich wyniszczające i wysysają wszelką energię, a przemoc wobec kobiet, w tym przemoc seksualna – jak pokazała dobitnie akcja #MeToo #JaTeż – to doświadczenie mnóstwa kobiet. Ona też jest warunkowana kulturowo i wspierana systemowo.

Z tymi wysokimi stanowiskami to bym również nie przesadzała, bo jak się uwzględni wskaźnik płci w strukturze stanowisk i funkcji w różnego rodzaju instytucjach i organizacjach, to widać gołym okiem, kto kieruje, rządzi i rozdaje pieniądze i zaszczyty, a kto pełni funkcje służebne i jest niżej wynagradzany. Szklany sufit wciąż istnieje i nie pomoże zaklinanie rzeczywistości. Z tym jest też niestety związana skala molestowania seksualnego w miejscu pracy, którą uświadamia akcja #MeToo.

Żeby jednak nie uprawiać tutaj kultu kariery zawodowej, choć dla mnie osobiście jest to bardzo ważna sfera życia, wspomnę o tych kobietach, które wybrały pracę w domu na rzecz rodziny, a którą to pracę określa się pogardliwie „siedzeniem w domu”. Jeśli porównamy ilość pracy domowej kobiet do pracy etatowej (swoją drogą rynek pracy wymagający wyjścia z domu rano i powrotu wieczorem nie przewiduje raczej, że pracownikiem jest osoba sprawująca opiekę nad osobami zależnymi, a to przecież w Polsce przypisana kobietom rola w rodzinie), to z ostatnich badań GUS wynika, że Polki pracują w domu i sprawują opiekę nad dziećmi w wymiarze prawie pełnoetatowym. Ta praca jest niewidoczna bo pozostaje poza rynkiem pracy; jest też niedoceniana – ani społecznie ani ekonomicznie. Na szczęście, powoli i w Polsce kobiety zaczynają wchodzić w bliskie relacje partnerskie, oparte na bardziej równym podziale obowiązków domowych. Więc moja odpowiedź na Pani pytanie brzmi: tak, doświadczają dyskryminacji – i odniosłam się tylko do wymienionych przez Panią kwestii.

Podczas Pani wystąpienia na konferencji Czas na Kobiety w listopadzie 2016 r. poruszyła Pani kwestię tego, że kobieta bez mężczyzny u boku jest w społeczeństwie postrzegana jako niepełna, na 100% samotna, czasem zapewne zdziwaczała. A ja mam wrażenie, że obok mnie jest coraz więcej młodych dziewczyn i kobiet, które doskonale wiedzą czego chcą i nie zawsze jest to zgodne z tym, jak wychowano je w kulturze patriarchalnej. Z drugiej strony widzę też jak agresywne stają się młode dziewczyny – co chwilę słyszymy w mediach o brutalności licealistek czy nawet gimnazjalistek względem rówieśniczek. Być może dzisiejsze nastolatki, uwięzione w mediach społecznościowych, nie są w stanie wytworzyć tak silnej kobiecej, wspierające więzi jak nasze pokolenie? 

Rzeczywistość dzisiejszych nastolatków jest pod wieloma względami inna niż nasze doświadczenie wczesnej młodości, a zachowania agresywne w społeczeństwie w ogóle chyba wzrosły, więc nie demonizowałabym akurat dziewczyn. Nie twierdziłabym też, że silne więzi dziewczyńskie są rzadsze niż kobiece albo nie spełniają tak samo wspierającej roli. Jestem zdania, że jako społeczeństwo powinniśmy stwarzać sprzyjające warunki i zachęcać dziewczyny do uprawiania sportu, zwłaszcza drużynowego, bo nie tylko wzmacniają wtedy swoje ciała, ale mają również szansę stworzyć silnie związane grupy dziewczyńskie, które mogą stać się kręgami wiernych i wspierających koleżanek.

Społeczeństwo, w którym wzrastają kobiety w ogóle nie sprzyja budowaniu ich solidarności, raczej ustawia nas w opozycji do siebie nawzajem, zmuszając do ostrej rywalizacji, czy to w walce o malutki kawałek tortu w męskim świecie władzy, pieniędzy i zaszczytów, czy też o względy mężczyzn – tu nawiązuję do wspomnianego przymusu bycia u boku mężczyzny. A że młode dziewczyny stają się coraz bardziej asertywne i potrafią stawiać granice, to bardzo dobrze. Myślę, że najlepiej posłuchać, co same dziewczyny mają do powiedzenia o tym, jak boleśnie odczuwają powszechny seksizm i jak on je wkurza. Nawiązuję tu do tytułu artykułu Justyny Sucheckiej w magazynie świątecznym „Gazety Wyborczej” z 3 marca – polecam lekturę, jest pouczająca.

Mam wrażenie, że nie boi się Pani gier z własnym wizerunkiem –  poważnej naukowczyni czy też pełnomocniczki prezydenta od spraw trudnych i delikatnych. Podoba mi się, że w imię słusznej sprawy tańczy Pani wraz z uczestniczkami akcji One Billion Rising, występuje na scenie w feministycznych „Monologach waginy”, bierze udział w kabarecie, sama na siebie patrząc z przymrużeniem oka…

Ależ oczywiście, mam do siebie spory dystans! Niemniej jednak do wszystkich tych rzeczy, które Pani wymienia podchodzę bardzo poważnie. Uważam, że są tak samo poważne, jak moje angażowanie się w czarne protesty, moje wykłady, ważne spotkania czy wystąpienia na konferencjach. Są to dla mnie działania w słusznym celu, w które głęboko wierzę. Chociaż udział w takiej akcji jak One Billion Rising/ Nazywam się Miliard czy przedstawienie „Monologi waginy” wymaga ode mnie odwagi wyjścia poza strefę komfortu, bo tak naprawdę przecież zawsze pozostaję sobą i występuję jako ja. Chętnie podejmuję jednak  takie wyzwania i lubię angażować się emocjonalnie w to, co robię, a te projekty takie są. Cieszę się także, że zaproszono mnie do serialu „Sklep patriotyczny” kabaretu Barbarzyńcy PL, bo go cenię za inteligentną wywrotowość.

Jakie są poznańskie kobiety wg Pani w stulecie wywalczenia swoich praw wyborczych?

Na pewno są bardzo różne. I wspaniałe! Żyjemy w czasie, który wymaga wzmożonej aktywności obywatelskiej i budowania solidarności – również, a może zwłaszcza – solidarności kobiet. I to jest trudne, ale wierzę, że nie jest niemożliwe, bo ja mam poczucie, że solidarności kobiet doświadczam i ją dostrzegam. Mam ten przywilej widzieć wokół siebie kobiety w różnym wieku: mądre, ambitne, zdeterminowane i gotowe, żeby zawalczyć o siebie same, siebie nawzajem i o lepszy świat. Widzę też kobiety gniewne, a ja mam duży respekt dla gniewu kobiet – upatruję w nim siłę. I świadomość. W tym miejscu przypomina mi się myśl, którą dawno temu gdzieś przeczytałam, i z jakiegoś powodu – słusznie lub nie – przypisuję ją Fran Lebowitz, a którą przytoczę tak: Jeśli budzisz się rano na tym świecie i nie jesteś wściekła, to znaczy, że albo jeszcze śpisz, albo jesteś idiotką. Trochę radykalna może, ale coś w niej jest i wtedy, gdy ją czytałam, wydała mi się genialna.

A kim jest Marta Mazurek po pracy? Jak się relaksuje? I czy pełniąc taką funkcję można w ogóle mieć życie prywatne?

Mam nadzieję, że jest trochę zabawną osobą (śmiech). Oczywiście, że można mieć życie prywatne, choć odczuwam brak wolnego czasu, no i jeszcze pracuję na uczelni. Ta praca również wymaga skupienia i przygotowania. W lutym na przykład wypromowałam całą pulę prac dyplomowych. Lubię też pofolgować swoim czasochłonnym nałogom, a mam ich przecież trochę – i żaden nie jest dyscypliną sportu (śmiech).

System pracy akademickiej, którą wykonuję od 20 lat sprawia, że moja praca tak naprawdę się nie kończy, bo dużo pracuję w domu. A funkcja, którą pełnię obecnie łączy się przecież z moim zaangażowaniem społecznym i to też nie sprzyja wypracowaniu jasnego podziału na pracę i życie domowe. Zatem relaksuję się najbardziej, gdy zmieniam otoczenie, na przykład wyjeżdżając choćby do innego miasta do spa. I mam już taki weekendowy wyjazd zaplanowany wkrótce.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Agata Grenda