KMP / Irena Kiedrowska

Artykuł opublikowany w Kronice Miasta Poznania / 2006 / nr. 1 /Święty Marcin

 

Aptekarska praktykantka.

Apteka Chłapowskich i… Hohenzollernów.

Wazelina nie dla śpiewaczek

Wspomnienia Ireny Kiedrowskiej

Katarzyna Męczyńska

 

Irena Kiedrowska z domu Galas była jedną z pierwszych farmaceutek poznańskich. Urodziła się u schyłku XIX wieku, w 1896 roku. Jej ojciec Antoni, gospodarski syn spod Szamotuł, pracował jako mistrz krawiecki dla sklepu z konfekcją męską Łuczaka, matka, Józefa z domu Wesołowska, była córką skromnego kupca. Irena, jedno z sześciorga ich dzieci, świetna uczennica, zdolna i chętna do nauki, nigdy nie ukończyłaby studiów farmaceutycznych, gdyby nie pomoc ciotki Antoniny Wesołowskiej. Stanowczy i arbitralny ojciec był przeciwnikiem studiowania kobiet, uważał, że stworzone są do roli matek, żon i gospodyń domowych. Antonina Wesołowska, siostra matki, była zaprzeczeniem tej tradycyjnej wizji. Samodzielna, niezależna, inteligentna, własną pracą zdobyła pozycję społeczną i materialną (prowadziła cieszące się dużym powodzeniem biuro pośrednictwa pracy). Zaopiekowała się swoją zdolną i ambitną siostrzenicą, a widząc jej dobre stopnie i zapał do nauki, zadbała o jej wykształcenie. Irena przeniosła się do domu ciotki, była uczennicą wyższej szkoły żeńskiej Anastazji Warnka, a następnie niemieckiego gimnazjum żeńskiego. W 1916 roku rozpoczęła praktykę uczniowską w Aptece Św. Marcina, która mieściła się w kamienicy na narożniku ulic Święty Marcin i Ratajczaka (wtedy Rycerskiej). Po czteroletniej praktyce aptekarskiej i eksternistycznie zdanej maturze, podjęła studia farmaceutyczne na Uniwersytecie Poznańskim uwieńczone egzaminem doktorskim uzyskanym w 1925 roku. Do października 1926 roku była starszą asystentką Uniwersytetu Poznańskiego. W 1928 roku wyszła za mąż za oficera Wojska Polskiego Edwarda Kiedrowskiego, który w późniejszych latach ukończył studia prawnicze. Mieli dwie córki – Teresę i Izabelę.

W okresie międzywojennym Irena Kiedrowska początkowo pracowała w aptekach poznańskich, m.in. była kierowniczką apteki Kolejowej Kasy Chorych w Poznaniu. Od 1932 roku dzierżawiła gnieźnieńską aptekę Pod Orłem, będącą w rękach sukcesorów Gantkowskich, a później zarządzała nią. Okupację przeżyła w Gnieźnie, po wojnie odtworzyła i prowadziła aptekę Pod Orłem. Po upaństwowieniu aptek pracowała w gnieźnieńskich aptekach państwowych. Traktowała swój zawód jako posłannictwo, możliwość służenia i niesienia ulgi potrzebującym. We wspomnieniach pisała: „Nie zdobyłam żadnych medali ani nagród pochwalnych. Najlepsza nagroda była dla mnie wdzięczność, uznanie i szacunek chorych i biednych ludzi”. Pod koniec życia mieszkała z mężem w Wałczu, zawsze tęskniąc za Poznaniem. „Kocham Poznań za jego praktycyzm, zdrowy rozsądek, trzeźwe sądy i dumna jestem, że pochodzę z Poznania”. W 1970 roku ukończyła spisywanie wspomnień, poniższy fragment obejmuje lata 1916-20. Zmarła w Wałczu w 1972 roku, jest pochowana na poznańskim Junikowie.

 

* * *

Ryc. 1. Irena Galasówna (siedzi w Êrodku obok matki), fot. z ok. 1919 r. Ze zb. T. Lijewskiej.
[…] Uzyskawszy promocję do prymy, uprawniającą do studiów farmaceutycznych, opuściłam gimnazjum z dniem 31 marca 1916 roku. Naukę w aptece rozpoczęłam następnego dnia. Udało mi się znaleźć dobrą praktykę, podczas której bardzo dużo się nauczyłam, gdyż odbywała się w aptece wzorowo prowadzonej. Apteka mieściła się przy ul. Św. Marcin, róg Rycerskiej (Ratajczaka). Przebywałam w niej cztery lata. Jako uczeń otrzymywałam miesięcznie 20 marek kieszonkowego. Gdy szef po miesiącu dołożył mi 5 marek, zaznaczył, że jest to nagroda za wyjątkową wydajność pracy i upominał mnie, bym się nie opuściła. Chociaż przy angażowaniu zastrzegłam sobie miesiąc próby, wytrwałam ten okres wśród ciężkiej i wyczerpującej pracy.

Apteka była koncesją, którą otrzymał od Rządu dymisjonowany aptekarz korpusu sztabowego J. Becker. Urządził on aptekę i wyposażył luksusowo na kredyt. Apteka była bardzo zadłużona, koncesjonariusz nie zdążył się z długów wypłacić i zmarł, pozostawiwszy żonę z nieletnimi dziećmi. P. Beckerowa wydzierżawiła aptekę panu Bohlenowi, który spłacił długi, płacąc właścicielce dzierżawę. Wobec władzy figurował on jako zarządzający. Apteka cieszyła się powodzeniem, szef bowiem prowadził ją wzorowo. Nie było w niej żadnych namiastek, tylko same oryginalne chemikalia sprowadzane z najprzedniejszych firm, jak Bayer, Gehe Meck-Darmstadt, Hoffmann-La Roche, Brückner-Lampe i innych.

Specyfiki sprowadzaliśmy z hurtowni poznańskich. Były dwie hurtownie apteczne: firma Barcikowskiego przy dworcu poznańskim, której właścicielami byli aptekarze: Konieczny, Leube i Gładysz, i druga, Umbreita, mieszcząca się w sąsiedztwie apteki. Często posyłano tam ucznia po specyfik, który się co dopiero ukazał w handlu i którego nie mieliśmy jeszcze na składzie. Szef był wrogiem wszelkich nowych specyfików, gdyż niektóre nie zyskiwały uznania klientów i powiększały tak zwane buble. Obowiązkiem naszym było sprzedawać te leki zanim straciły swoją wartość leczniczą. Wystawiał więc co pewien czas te leki, byśmy pamiętali je sprzedać.

Towar z hurtowni braliśmy za kwitami dostawy, regulując należność miesięcznie. Rachunki te płaciłam osobiście. Nauczyłam się również odliczać skonto, które szef skwapliwie potrącał z rachunków.

Zioła lecznicze znajdowały się w oficynie, w pudłach blaszanych, wpuszczanych w szuflady, zioła te były rokrocznie zastępowane świeżymi. Nalewki sporządzaliśmy sami we wzorowym laboratorium aptecznym, które mieściło się w piwnicy. Najpopularniejszą nalewką, którą nastawialiśmy w balonach po 50 kg, była nalewka z korzenia kozłkowego. W lecie, gdy zakratowane okna piwnicy były na noc otwarte, zapach waleriany zwabiał koty z okolicy. Odurzały się tym zapachem i nieraz, przyszedłszy rano do pracy, zauważałam leżące na balonie kocisko odurzone. Wówczas nie znano jeszcze prasy do wyciskania nalewek z ziół, czynność ta odbywała się ręcznie, przez co traciło się dużo na surowcu. Napisy na naczyniach w piwnicy drukowałam, będąc praktykantką. Wykonywałam je na etykietkach papierowych w aparacie Pospiszyla. Wymagało to wielkiej zręczności, gdyż napisy musiały się znajdować w równych odstępach od brzegów, by na naczyniach wyglądały estetycznie. Po wyschnięciu i naklejeniu takiej etykietki trzeba ją było natychmiast powlekać warstwą kolodium, a po wyschnięciu tegoż lakować w celu uchronienia jej od szybkiego zniszczenia. W tak zwanej materialni znajdowały się blaszane puszki do ziół ulegających łatwo zrobaczywieniu lub ziół aromatycznych, posiadające etykietki również pisane przy pomocy tegoż aparatu, naklejane zaś specjalnym klejem do naczyń blaszanych. Wszystkie te kleje i laki fabrykowało się w aptece.

Ryc. 2. Irena Galasówna, fot. z indeksu UP z 1920 r.
Ze zb. T. Lijewskiej.

Piwnica pierwsza przeznaczona była na liczne wody mineralne z niemieckich uzdrowisk. Poza tym stał tam balon z wodą destylowaną. Druga przeznaczona była na zapasy płynów, dalej znajdowało się laboratorium apteczne, piwnice na skrzynie, balony itp. Zaplecze apteki było bogate, obszerne. Porządek panował wszędzie wzorowy.

Opiszę teraz urządzenie oficyny, tj. lokalu ekspedycyjnego apteki. Był to olbrzymi i wysoki lokal o dwóch dużych oknach wystawowych. Lokal był zimny, gdyż otwarta zawsze górna część okna zapewniała naturalną wentylację. Receptura, zastawiona od strony klientów szafą z pięknym lustrem kryształowym, posiadała dwie mosiężne wagi talerzowe do ważenia leków w ilości do ½ kg, a więc mikstur itp. Do odważania małych ilości silnie działających chemikaliów (czerwony napis na białym tle) służyły wagi ręczne równej wielkości. Poza tym była specjalna waga oraz specjalny moździerz i łyżeczki dla bardzo silnych trucizn, jak hydrargilit, związki arszenu i alkaloidy, wśród których znajdowała się morfina. Szafka z jodoformem umieszczona była nad wejściem do kantoru. Naczynia apteczne, uszeregowane alfabetycznie, ustawione były na półkach według kolejności – na najwyższych półkach stały najmniejsze słoiki porcelanowe z wypalanymi napisami, niżej naczynia szklane do płynów oraz maści (porcel), co wyglądało estetycznie […].

Szef dbał o porządny wygląd apteki i czystość. Były dwie sprzątaczki, które codziennie odkurzały wszystkie naczynia w aptece zanim przyszła do pracy reszta personelu. Recepturę zaś pozostawiono uczniowi, który musiał dbać o odkurzanie naczyń i wag. Poza tym uczeń wycierał kurze w szafach znajdujących się na ścianach apteki. W szafach tych mieściły się leki zagraniczne, leki niemieckie najczęściej używane oraz leki własnego wyrobu. Do pierwszej grupy należały preparaty Krewela, Sandowa, sole mineralne, różne proszki, np. na astmę: Exibard, d’Abyssinie Spec. laxantes org. St. Germain, sól Vichy org. sól Karlsbad org. Ems Cascarine Laporince, Sagrada Barber i tabl. org. i inne tym podobne leki. Z preparatów własnych apteka przyrządzała krople od kaszlu, krople Marcinkowskiego, krople żołądkowe i krople Hienfong, dalej różne nacierania od reumatyzmu, chociaż sprzedawało się dużo ekspelleru i amolu – gotowych leków antyreumatycznych.

Maści sprowadzano najczęściej gotowe, jednakże hamburska maść oraz maść majerankowa, stosowana na sapkę u dzieci, tudzież maść na piegi, na liszaje i na hemoroidy oraz odmrożenia były specyfikami aptecznymi. Nalewkę żelazną, guakalinę oraz tak zwane preparaty P.S. (Poznańsko-Śląskie Stowarzyszenie Aptekarzy) sprowadzano gotowe z Wrocławia. Szef twierdził bowiem, że były to preparaty pierwszej jakości, w atrakcyjnym opakowaniu i gwarantowały powodzenie. Jako uczeń musiałam przy pomocy sprzątaczek odbijać, wypakowywać skrzynie z towarem, następnie wyceniałam towar i, zaopatrzywszy każde opakowanie w firmę apteki, odstawiałam na miejsce.

Oficyna posiadała dwoje wspaniałych drzwi ze szkła mlecznego z postaciami Eskulapa i Hygei. Jedne drzwi prowadziły do kantorku, a drugie do piwnicy i materialni. Materialnia był to duży pokój o dwóch oknach, z pięknymi szufladami na zioła oraz blaszanymi puszkami. Osobny regał stanowiły leki z tak zwanymi separandami (napis czerwony na białym tle). Na środku materialni stał stół z wagą talerzową o nośności 2 kg do ważenia ziół. Na tej wadze odważałam zioła do sprzedaży odręcznej. Szafy w ścianie mieściły opatrunki, które mieściły się również w przejściu z kantorku do materialni. Za moich czasów znajdowały się tam pewne smakołyki, jak chleb świętojański, pasta gummosa, pastylki miętowe i pastylki salmiakowe. Jako uczeń odmierzałam też wino węgierskie półsłodkie, przepisywane przez lekarzy jako środek wzmacniający dla rekonwalescentów.

W kantorku znajdowała się olbrzymia szafa ze środkami homeopatycznymi, z przynależnymi utensyliami i lekospisem homeopatycznym. Zawartość tej szafy budziła we mnie ciekawość i z zainteresowaniem słuchałam wykładów jednego ze starszych aptekarzy na temat homeopatii. Po drugiej stronie wejścia do kantorku znajdowała się szafa z pachnącymi esencjami Schimme’a do przygotowania wody kolońskiej. Znajdowały się tam również odgrodzone od esencji przyrządy szklane, jak kolby, retorty, chłodnice Liebiga oraz najnowocześniejszy mikroskop, waga analityczna i polarymetr. Apteka bowiem wykonywała analizy moczu jakościowe i ilościowe. Albuminometr także się tam znajdował. Poza kantorkiem była dyżurka z dwoma łóżkami, gdyż zawsze dyżurowało w niej na zmianę dwóch aptekarzy.

W aptece był alfabetyczny katalog leków umożliwiający nowoprzybyłemu farmaceucie będącemu na dyżurze nocnym odnaleźć natychmiast każdy lek. Były tam również dwie grube książki-katalogi z alfabetycznym spisem specyfików z podaniem miejsca przechowywania oraz ceny. W czasie pierwszej wojny światowej ceny na specyfiki ulegały częstym zwyżkom, o czym informowała niemiecka gazeta farmaceutyczna. Uczeń miał obowiązek aktualizować ceny na opakowaniach specyfików i poprawiać je w katalogach. Szef często sprawdzał pracę ucznia, za którą wobec władzy był odpowiedzialny. Uczeń pomagał też aptekarzowi w defekturze, wystawiał naczynia, zapoznając się przy tym z nomenklaturą leków.

Po zakończeniu pracy w składzie zniszczonych przedmiotów i w magazynie czas było na pobieranie ziół i specyfików. Szef nie lubił, gdy uczeń garnął się przedwcześnie do receptury czy sprzedaży odręcznej. Około godziny jedenastej zachodziłam na górę, pomagając w recepturze w zamykaniu proszków w kapsułki papierowe lub opłatki, do czego służyła specjalna, automatycznie działająca maszyna. Do ucznia należało również wykańczanie czopków oraz pręcików – tylko w maszynce – i maści. Jak już wspominałam, apteka miała wielki obrót, głównie dzięki realizowaniu recept. W starych receptach spotykałam się od czasu do czasu z jednostkami wagowymi stosowanymi dawniej w aptekach. Drachma, tj. 3,75 grama, zawierała 3 skruple, czyli 20 gramów, 1 gran: 0,06 gramów. Jeden funt handlowy (500 g) zawierał 32 łuty po 15 g. Jeden funt aptekarski – 375 g, jedna uncja – 30 g czyli 8 drachm, ½ uncji oznaczało się przez…, drachmę oznaczało się symbolem…, pół drachmy – …, skrupel – …, a uncję – ….

W pobliżu apteki mieszkali wybitni lekarze, specjaliści, jak dermatolodzy, ginekolodzy, okuliści i otolaryngolodzy. Najwięcej czasu zajmowało nam przyrządzanie maści ocznych, które wymagały szczególnej staranności. Głównym składnikiem była najczystsza, biała wazelina amerykańska „Chesborough”. Nad przygotowaniem maści ocznych czuwał sam szef, twierdząc słusznie, że oko jest najważniejszym organem człowieka. W czasie pierwszej wojny światowej nie było dostaw leków zagranicznych, a zwłaszcza wazeliny „Chesborough”. Dotychczas sporządzaliśmy z wazeliny tej emulsję na krtań dla śpiewaczek operowych. Wobec kurczących się zapasów szef odmówił śpiewaczkom przygotowania tak ważnego leku, gdyż uważał, że najważniejsze są oczy.

Recept prywatnych wykonywaliśmy dziennie około 300. Recepty z kas ubezpieczeniowych też były bardzo liczne i stosy ich taksowałam, oznaczając je dla odróżnienia kolorowymi ołówkami. Oprócz ogólnej kasy chorych istniało jeszcze 10 różnych specjalnych ubezpieczeniowych. Liczne były też recepty niekolejowe, recepty dla powiatu wschodnio- i zachodniopoznańskiego oraz majątków ziemskich. Na rachunek Magistratu wydawano leki ubogim. Recepty te oznaczane były słowem „pauper”.

Rachunki bowiem pisał księgowy, który nie znał różnicy między sprzedażą na recepty a sprzedażą odręczną. Zwykle przyjmowało recepty dwóch aptekarzy, a trzeci, starszy pan, nazwiskiem dr Piper, wpisywał każdą receptę do książki recepturowej. Codziennie obliczał obrót recept prywatnych. Aptekarz ten pięknie kaligrafował, ale czynił to bardzo powoli i nie dał się przynaglać, gdy go prosiłam w imieniu pacjentów spieszących na pociąg. Był to Niemiec patriota. Jadał tylko w kuchni miejskiej, której potrawy były bardzo poślednie. Poprzednio posiadał aptekę w Babimoście, a ponieważ był dziwakiem i wszystkich ludzi tamże sobie zraził, zmuszony był aptekę tę sprzedać. Sprowadził się do Poznania, kupił stary dom czynszowy przy ul. Ratajczaka/Rycerskiej. Dom ten miał wiele usterek kanalizacyjnych. Mieszkali tam liczni wielodzietni lokatorzy, z którymi dr Piper prowadził bezustanną wojnę. Byliśmy nieraz świadkami tych kłótni w aptece i gróźb ze strony lokatorów. Nam wydawały się te zajścia humorystycznymi, ale biedny dr P. przeżywał je bardzo poważnie. Dr Piper jako chemik wypalał koniaki. Posiadał też sklep z winami. Z wybuchem pierwszej wojny światowej Niemcy zabronili mu wypalania koniaku i zaplombowali aparat destylacyjny. Co miesiąc jednakże przychodził urzędnik z urzędu akcyzowego sprawdzać stan koniaków, co dr Pipera doprowadzało do białej gorączki. Spieszył wówczas z kontrolerem na inspekcję, a mnie zostawiał w aptece samą. Działo się to najczęściej w porze obiadowej, gdyż wtedy mieliśmy razem służbę. Wdzięczna mu jednakże jestem za to, że uczył mnie toku analizy jakościowej, co ułatwiło mi wykrywanie kationów i anionów podczas studiów. Dr Piper niewiele umiał po polsku i gdy kobiety wiejskie zasypywały go lawiną słów, dębiał, tracił panowanie nad sobą i przywoływał mnie do pomocy. Zwykle chodziło o wydawanie reszty. Kasowaliśmy bowiem sami utarg i brak było czasami drobnych. Zamiast używać słowa „zmięszać” twierdził on, że stosowniejsze i poprawniejsze jest sowo „skłócić”. Tak to on uczył mnie polskich wyrażeń! Gdy był bardzo zdenerwowany, podnosiły mu się trzy włosy na głowie; sprawiało nam to specjalną przyjemność, zwłaszcza gdy z niechęcią i despektem odnosił się do niemieckich akcyźników.

Drugim starszym aptekarzem był Wituski, grzeczny i bardzo sympatyczny starszy człowiek, ojciec sześciorga dzieci i były właściciel apteki Zielonej przy ul. Wrocławskiej. Był to niezły pracownik, ale miał dużo kłopotów finansowych, które nie pozwoliły mu się skoncentrować na pracy zawodowej. Aptekę Zieloną musiał sprzedać (kupił ją aptekarz Amrogowicz), gdyż na domu aptecznym ciążyły liczne długi hipoteczne, płatne w ścisłych terminach i już po sprzedaży apteki wlokły się jeszcze długi za nim. Żona jego była dzielną, skromną i mało wymagającą niewiastą, była wzorową matką, wychowywała dzieci bardzo dobrze. Z córką aptekarza Wituskiego chodziłam przez pewien czas na pensję p. Warnki.

Mile wspominam też bardzo mi życzliwą, kochaną przewodniczkę w tajniki farmacji. Była nią b. siostra miłosierdzia Helena Beychler. Po osiemnastu latach służby zakonnej opuściła zgromadzenie i pracowała podczas wojny jako pomocnik aptekarski w aptece św. Marcina. Była to osoba wszechstronnie wykształcona i z dużym doświadczeniem. W zgromadzeniu prowadziła aptekę szpitalną, była bardzo dzielna. Cieszyła się wielką sympatią chorych, wszystkim chętnie pomagała, wykazując wiele cierpliwości. Często zasięgałam jej rady, gdy byłam w kłopotliwych sytuacjach, głównie przy sprzedaży leków, do której pchałam się od pierwszego dnia nauki w aptece. Nie miałam wtedy żadnego pojęcia o stosowaniu i postaci różnych leków. Pamiętam, jak zaraz pierwszego dnia, gdy stanęłam za ladą, zwrócił się do mnie chłopiec ośmioletni, trzymając w ręku pudełko z gałkami do pochwy, z zapytaniem jak stosować ten lek, gdyż siostra jego już 3 gałki połknęła i nic jej nie lepiej. Dopiero p. B. podeszła, wytłumaczyła chłopcu sposób użycia i zażegnała sprawę. Następnie pouczyła mnie o celu i postaci tego leku. Innym razem przyszła do mnie pewna Niemka z prośbą o sprzedanie jej „Liebespulver”. Sądząc, że chodzi o ekstrakt słodowy fabrykanta Liebego, pobiegłam do szafy z odżywkami i szybko postawiłam przed nią specyfik, oznajmiając cenę. Dziewczyna się zażenowała, lecz po dłuższej chwili nabrała odwagi, a może zaufania, oświadczając, że prosi o proszek, który by spowodował, by jej chłopiec był wiernym. Ponieważ i tego nie mogłam pojąć, pobiegłam do mej opiekunki i przewodniczki, która zawsze chętnie i życzliwie wybawiała mnie z kłopotu.

Wówczas sprzedawało się w aptece niekiedy środki o magicznym znaczeniu, jak „klein gehackte Provisorchen”. Jeden ze starszych aptekarzy (Bajoński) miał na ten „lek” specjalny monopol. Do dziś nie wiem, co w tym wypadku dawał, gdyż ekspedycję taką otaczał tajemnicą.

Muszę też wspomnieć o pierwszym moim adoratorze na terenie apteki. Był nim pewien żebrak o kulach kupujący u nas w aptece znaczne ilości anodyn i tinctura valerianae aethere. Były to krople, którymi się upijał, i cuchnął niemożliwie, pracownicy apteczni nie chcieli go załatwiać i zawsze mnie wołali, gdy przyszedł. On sam później zwracał się tylko do mnie po swój ulubiony lek. Na Gwiazdkę przyniósł mi w darze piękną azalię i z dumą oświadczył: „to dla pani”. Uciekłam ze wstydu do piwnicy, a zwierzchnicy moi zaśmiewali się i gratulowali mi takiego powodzenia.

Moimi szczególnymi klientami były też dzieci. Pamiętam uroczą Stenię, która przychodziła do apteki po leki dla babci. Czasami wchodziła do apteki tylko po to, by ze mną porozmawiać. Interesowała ją moja praca, stawiała bardzo mądre pytania i trzeba było na nie rozsądnie odpowiedzieć. Myślałam, że z biegiem lat zainteresowania jej rozwiną się tak, że poświęci się zawodowi aptekarskiemu. Nie została aptekarką, lecz żoną wybitnego farmaceuty, historyka farmacji i pułkownika.

Drugą przyjaciółką była córka mojego szefa, która chodziła już do szkoły. Gdy usłyszała, że do apteki przychodzi „eine Elevin” zrozumiała, że „Löwin” i wyraziła życzenie poznania tej „Löwin”. Musiałam ją ważyć razem z tornistrem szkolnym i bez tornistra. Razu pewnego, kręcąc się koło kasy, strąciła wieko ze słoika od maści, który stał na półce pod kasą, i oczywiście wieko się zbiło. Zastąpiłam je innym, bagatelizując ten incydent. Jakież było moje zdziwienie, gdy następnego dnia spytał mnie szef o wieko, które jego córeczka zbiła. Dziecko to było wychowywane przez rodziców w uczciwości i przyznawało się do jakiegokolwiek przewinienia.

Był też pewien pracownik nazwiskiem Sroka, który przy manipulacji z czarcim łajnem założył maskę gazową ku ogólnej uciesze nas wszystkich.

Apteka św. Marcina dostarczała także leki dla dworu cesarskiego i wszystkich książąt Hohenzollernów. Ziemiaństwo wielkopolskie, przebywając czasowo w Bazarze, również zaopatrywało się w leki jedynie w tej aptece. Szef, jakkolwiek pochodził z Jarocina i znał język polski, ale tylko w gwarze ludowej, np. mawiał „uny zaro banum przyjadum”, krępował się mówić tak z ziemiaństwem i zawsze wysyłał mnie do telefonu względnie ekspedycji odręcznej. Stałymi klientkami były p. Morawska z Jurkowa, szambelan Jackowski oraz jego żona. Ta ostatnia założyła szwalnię przy ul. Ludwiki (Chudoby), gdzie dziewczęta poznańskie uczyły się szycia, a bielizna przez nie wykonana dostarczana była ubogim rodzinom wielodzietnym.

W aptece poza tym sprzedawano także pijawki sprowadzane ze specjalnych hodowli z Węgier. Często kupowałam tam pijawki dla mej ciotki. Tam też poznałam p. Beychler, za której pośrednictwem zaproponował mi szef posadę ucznia.

Przez trzy lata praktykowałam w aptece, przyswajając sobie wiadomości techniczne i przygotowując się teoretycznie do egzaminu wojewódzkiego. Szef, wręczając mnie lekospis niemiecki (DAB V), powiedział: „to, czym dla chrześcijanina Biblia, tym jest dla aptekarza farmakopea”. Rozczytywałam się więc w lekospisie, zwłaszcza że prowadziłam podczas nauki dziennik laboratoryjny. Pod nadzorem jednego ze starszych aptekarzy wykonałam w tym czasie dwadzieścia pięć preparatów, opisując przebieg reakcji z wzorami oraz sprawozdanie tożsamości i wykrywanie ewentualnych zanieczyszczeń. W aptece znajdował się komplet roztworów mianowanych, które również nauczyłam się stosować. Następnie zbierałam zioła, oznaczałam je i sporządzałam zielnik, uwzględniając systematykę roślin. Dziennik wraz z zielnikiem oraz świadectwem przedłożyłam komisji egzaminacyjnej i zdałam egzamin na pomocnika w lutym 1919 roku. Egzamin zdawałam przed komisją niemiecką, ale już za polskich czasów. Przewodniczył komisji tajny radca zdrowia dr Schmidt, a egzaminatorami byli dr Fromme, właściciel apteki przy Rynku Wildeckim, i aptekarz Eppen, właściciel apteki przy placu Piotra. Piśmienny egzamin odbywał się w aptece Eppena, zaś praktyczny u doktora Fromma. Na egzaminie praktycznym musiałam wykonać pigułki ze strychniną, której dawka maksymalna była przekroczona, na co zwróciłam uwagę i zostałam zwolniona z praktycznego egzaminu. Ustny egzamin odbywał się przed komisją wojewódzką i był dość wszechstronny. Byłam zadowolona, że osiągnęłam stopień pomocnika aptekarskiego. Dalszym moim celem były studia uniwersyteckie.

Muszę się cofnąć pamięcią wstecz do Gwiazdki 1918 roku. W drugie święto Bożego Narodzenia, pełniąc dyżur w aptece, dowiedziałam się od pacjentów, że Paderewski jest w drodze do Poznania. Przybył już do Gdańska, ale władze niemieckie nie chciały zezwolić na jego przyjazd do Poznania. Dzięki długotrwałym interwencjom stronników Koalicji zgodzili się wreszcie Niemcy udzielić zezwolenia. Na wieść o zbliżaniu się Paderewskiego do Poznania całe miasto było jakby zelektryzowane. Na dworcu oczekiwał dostojnego gościa powóz zaprzęgnięty w cztery araby. Gdy Paderewski, po powitaniu przez licznie zgromadzoną ludność, zbliżył się do powozu, by wraz z żoną zająć w nim miejsce, młodzież polska wyprzęgła konie i swoimi siłami ciągnęła karetę z dworca do Bazaru. Po drodze na całej trasie ludność poznańska rzucała mistrzowi kwiaty do powozu i zgotowała mu niebywałą owację. A miała ku temu ważny powód. Wdzięczność bowiem bezgraniczna należała się Paderewskiemu, który brał udział w traktacie wersalskim; dzięki niemu po klęsce Hohenzollernów, przez ogłoszenie przez prezydenta Wilsona niepodległości Polski, wyzwolił nas spod jarzma pruskiego. Paderewski jako gorący patriota bardzo się zasłużył ojczyźnie. Z Bazaru przemawiał do ludności Poznania w gorących słowach jak prawdziwy artysta; również jego żona przemawiała do kobiet polskich, uznając ich zasługi w wychowaniu młodego pokolenia polskiego oraz ich wielkie poświęcenie dla ojczyzny. Następnego dnia ulicami Poznania defilowały dzieci i młodzież z chorągiewkami biało-czerwonymi, udając się przed Bazar, by manifestować wobec państwa Paderewskich swoje uczucia patriotyczne. Tegoż dnia – 27 grudnia 1918 r. – powrócił z frontu niemiecki pułk grenadierów (szóstacy). Widząc sztandary koalicyjne i polskie w oknach domów, wtargnęli do mieszkań polskich i zaczęli zrywać sztandary. W Poznaniu panowała wówczas Rada Żołniersko-Robotnicza, w której skład wchodzili przeważnie Niemcy. Broniąc swej pozycji, zaczęli zbrojnie działać przeciwko Polakom. Polacy byli przygotowani na ten atak i zaczęła się walka zbrojna o zdobycie Poznania. Pierwszą ofiarą tego starcia był Franciszek Ratajczak, który ugodzony kulą wroga skonał w sieni domu na rogu ulic Berlińskiej i Rycerskiej. Na jego cześć przemianowano ul. Rycerską na Ratajczaka. Polacy zdobywali ulicę po ulicy. Niemcy nie byli tak zorganizowani, by zapobiec powstaniu. Obywatelstwo Poznania zdało egzamin. Obsadzono przede wszystkim arsenały broni potrzebnej powstańcom i Główny Urząd Umundurowania. Dzięki temu powstańcy zyskali ogromne zapasy mundurów, obuwia i bielizny. Wszystko to przydało się powstającemu wojsku polskiemu. Polacy zaprowadzili ład i porządek. Powstanie Poznańskie udało się w całej pełni. Stopniowo zdobywano dalsze miasta Wielkopolski oraz Pomorza.

Tak skończyła się nasza niewola.

W 1919 roku, za staraniem lekarzy poznańskich, jak dr Święcickiego, radcy Chłapowskiego, wielkiego społecznika dr Pawła Gantkowskiego, powstał Uniwersytet Poznański. Radca Chłapowski, który był klientem apteki św. Marcina, oznajmił mi tę wiadomość, namawiając mnie usilnie, bym się zaraz zapisała na studia farmaceutyczne. Przyrzekłam jednakże szefowi, że pozostanę jeszcze w aptece przez rok, tj. do 31 marca 1920 r. i słowa wypadało dotrzymać. W międzyczasie szef mój, optując za Niemcami, wyemigrował do Brzegu, gdzie prowadził aptekę Piastów. Po niedługim czasie zmarł tamże. Apteka św. Marcina przechodziła dziwne koleje po moim odejściu. Szef sprzedał wyposażenie apteki aptekarzowi Bettgemu, który jednak nie otrzymał koncesji. Koncesję zaś udzieliła władza polska aptekarzowi mjr. Wysockiemu. Tenże urządził aptekę w domu swego brata, lekarza, przy ul. Ratajczaka obok pasażu Apollo. Tak przestała istnieć apteka św. Marcina, a powstała apteka Ratajczaka. Aptekarz Bettge w lokalu byłej apteki św. Marcina urządził składnicę sprzętu laboratoryjnego. Przedsiębiorstwo to nie prosperowało zbyt dobrze i po pewnym czasie uległo likwidacji. Bettge otrzymał koncesję na aptekę na Śląsku, dokąd prawdopodobnie przeniósł wszystkie urządzenia apteczne z Poznania […].

 

*Wspomnienia udostępniła córka dr Ireny Kiedrowskiej, Teresa Lijewska.