“Kobiety w polskiej przestrzeni publicznej – doceniane czy dyskryminowane?”

Zawsze cieszę się, gdy dostajemy zaproszenia na wydarzenia, które dotyczą spraw zbyt rzadko omawianych w publicznej debacie. Dlatego dokładnie tydzień temu z radością uczestniczyłam w większej części seminarium naukowego zorganizowanego przez Wydział Nauk Politycznych i Dziennikarstwa UAM, pt. “Kobiety w polskiej przestrzeni publicznej – doceniane czy dyskryminowane?”

Pierwszy panel pt. “Partycypacja kobiet w gospodarce”, moderowany przez prof. Roberta Kmieciaka, pozwolił spojrzeć na problem przedsiębiorczości kobiet z kilku perspektyw. Zaproszone gościnie reprezentowały różne środowiska – od samorządu po uczelnie, dlatego każda z nich akcentowała inne problemy z którymi zmagają się kobiety aktywne zawodowo.

Moderator pierwszego spotkania, prof. Robert Kmieciak, zapowiada panelistki.

Pierwsza z panelistek, Dr Anna Górna-Kubacka z Wojewódzkiego Urzędu Pracy w Poznaniu przypomniała, że w latach 2007-14 Polska miała największą w UE liczbę kobiet prowadzących działalność gospodarczą. Panelistka zaznaczyła też, że w Wielkopolsce kobiety garną się do konkursów wspomagających własne firmy. Wśród wniosków związanych z pomocą na działalność gospodarczą złożonych w latach 2016-2018,  77% złożonych zostało przez właścicielki firm; w 2017 było to 63%, a w I półroczu 2018 r. – 60%.

Według dr Górnej-Kubackiej  kobiety są dokładniejsze, bardziej solidne, lepiej potrafią formułować wnioski. Jednak wciąż brakuje im wiary we własną sprawczość. Przywołane przez nią badania pokazują, że jedynie 1/3 kobiet chciałaby pełnić funkcje kierownicze. A gdy już awansują, 70% pań wskazuje swój staż pracy jako przyczynę promocji, tyle samo uważa, że muszą się dalej dokształcać, by wystarczająco wykazać się na nowym stanowisku. Zaś kreatywność i innowacyjność jako przyczyny awansu, wymieniają dopiero na szóstym czy też siódmym miejscu.

W swoim wystąpieniu przedstawicielka poznańskiego WUP wysunęła też rekomendację wzmocnienia szkoleń skierowanych do pracodawców. Ci ostatni muszą bowiem zdobyć kompetencje zarządzania różnymi grupami wiekowymi – tak pracownikami 50+, jak i tzw. millenialsami, którzy kierują się zasadą work-life balance. Właściciele firm powinni oswoić się z pojęciem flexi-pracy, nie trzymającej się sztywnych 8 godzin za biurkiem. Oferta elastycznej pracy powinna być skierowana przede wszystkim do matek, w których dr Górna-Kubacka pokłada duże nadzieje, w sytuacji w której obecnie rządzący obniżyli wiek emerytalny i dziesiątki tysięcy osób wybrały już opcję wcześniejszej emerytury.

Uczestniczki panelu: dr Anna Górna-Kubacka, Wojewódzki Urząd Pracy w Poznaniu (po lewej stronie), oraz prof. Baha Kalinowska-Sufinowicz, Uniwersytet Ekonomiczny w Poznaniu

Druga z panelistek prof. Baha Kalinowska-Sufinowicz odnosząc się do sytuacji kobiet na rynku pracy, zwróciła uwagę, że sektorze prywatnym, z makroekonomicznego punktu widzenia, w dużej mierze udało się paniom przebić szklany sufit. Jednak mamy jeszcze wiele do zrobienia.

Jeśli chodzi o aktywność zawodową kobiet, w stosunku do mężczyzn w latach 2004-2017 widać zwiększające się nierówności na  niekorzyść kobiet. Można by pomyśleć, że przyczynił się do nich program 500+, który część kobiet zatrzymał w domach. Jednak tendencja ta zaczęła się już na kilka lat przed jego wprowadzeniem.

Z badań przytoczonych przez prof. Kalinowska-Sufinowicz wynika, że zawodowo aktywne są kobiety lepiej wykształcone, one też zarabiają więcej. Natomiast kobiety najsłabiej wykształcone znajdują się w grupie najgorzej zarabiających obywateli.  Fakt, że są w Polsce gminy w których nie ma żłobków, a zewnętrzna opieka nad dzieckiem kosztuje sporo, dodatkowo wpływa na pogłębienie tej tendencji. Dlatego należy tworzyć jak najwięcej przestrzeni do elastycznej pracy dla matek oraz – i tu pani profesor zgodziła się ze swoją przedmówczynią – edukować pracodawców co do organizacji czasu pracy.

Kolejna panelistka, Izabella Macionga, z Wielkopolskiego Związku Pracodawców LEWIATAN także wskazała na konieczność uelastycznienia prawa pracy, aby kobiety nie musiały już odpowiadać na pytanie „jak pani sobie radzi z domem?” w inny sposób niż mężczyźni. Bowiem w wielu przypadkach kobiety postanawiają podjąć działalność gospodarczą właśnie z powodu niemożności porozumienia się z potencjalnymi pracodawcami co do ewidencjonowania czasu pracy. W naszym kraju zasada zaufania w tej kwestii jest dla właścicieli przedsiębiorstw ciągle bardzo często niepojęta.

Przywołała ona także badania z których wynika, że na 500 przebadanych firm z branży technicznej, w ich zarządach zasiadają tylko 23 kobiety, prezesek prawie nie ma. Ponadto, udział pań w zarządzaniu przedsiębiorstwami ogranicza się zazwyczaj do administracji ogólnej, HR, marketingu. Bardzo niewiele z nich zarządza firmami strategicznie. Mają raczej być wsparciem dla mężczyzn stojących najwyższej drabiny awansu.

Prowadzący panel, prof.  Robert Kmieciak zadał otwarte pytanie o tzw. “gen samodyskryminacji” kobiet. Beata Grudzińska w odpowiedzi wskazała, że owa samodyskryminacja nie wiąże się z biologią człowieka, a raczej z procesem wychowania dzieci i wyrabiania w nich  ról społecznych już we wczesnej młodości. I z kontekstem patriarchalnego świata, w którym kobietom w Polsce przychodzi rozwijać własną działalność.

Na zdjęciu od lewej: Izabella Macionga, Wielkopolski Związek Pracodawców LEWIATAN, Beata Grudzińska, Business and Professional Women, prof. Iwetta Andruszkiewicz, UAM, organizatorka seminarium

Wskazała ona również na dłuższą “przeżywalność” firm zakładanych przez kobiety z większym doświadczeniem, czyli takie, które wcześniej spędziły do 10 lat pracy w na etacie. Pocieszające jest również to, że w badaniach na które powołała się panelistka, trwałość średnich przedsiębiorstw wzrasta, jeśli w ich zarządach zasiadają kobiety, zwiększa się także wtedy stabilność firm.

Niestety nadal za mało pracodawców podpisuje kartę różnorodności (więcej o tej inicjatywnie możecie przeczytać chociażby TUTAJ.)

Podczas czasu przeznaczonego na pytania z sali, jedna z uczestniczek seminarium zapytała o to jak bardzo mężczyźni – pracodawcy i pracownicy zachęcani są do brania urlopów tacierzyńskich.

I z tym pytaniem znowu powrócił temat wychowania i samodyskryminacji. W dyskusji mogliśmy usłyszeć, że instytucjonalnie próbuje się zachęcić mężczyzn do urlopów tacierzyńskich, używając argumentów ekonomicznych w dyskusjach z pracodawcami: jeśli połowa zespołu będzie pracować w domu, to się rachunek opłaci. Panelistki wskazały także na mniejszą mobilność kobiet, które wolą jednak pracować bliżej domu ze względu na obowiązki rodzinne, oczywiście dla mężczyzn nie ma to tak wielkiego znaczenia.

Na powyższe postawy ma także wpływ samodyskryminacja indywidualna, o której mówiły gościnie: efekt socjalizacji, różnych procesów wychowania chłopców i dziewczynek, zachęcanie do innych zabaw, chwalenie za inne rzeczy (za odwagę chłopców, za uległość dziewczynki). Mężczyzn, którym od dzieciństwa daje się do ręki wyłącznie samochodziki, klocki i żołnierzyki, trudno potem namówić jako dorosłych mężczyzn, żeby zajmowali się dziećmi.

Wychowanie, już na najwcześniejszym etapie, ma wpływ na to jak kobiety i mężczyźni zachowują się, wkraczając na rynek pracy. Wystarczy wskazać na fakt, że kobiety zatrudniając się, podają oczekiwaną sumę wynagrodzenia o wiele niższą niż ta, którą spodziewają się dostać mężczyźni.

Niestety, możemy także zauważyć pewien rodzaj samodyskryminacji społeczenej. Badania CBOS wykazały, że kobiety rzadziej chcą być podwładnymi innych kobiet. Jednak okazało się, że w większości deklarację tę złożyły panie, które wcześniej…nie pracowały z szefami płci żeńskiej.

W odpowiedzi na pytanie o to jakie kroki powinny zostać wprowadzone już na poziomie edukacji ponadpodstawowej, aby wyżej wymienioną sytuację zrównoważyć, dr Anna Górna-Kubacka zwróciła się z apelem do decydentów odpowiedzialnych za programy edukacyjne, aby studiowali badania, w których jasno wykazane jest na które zawody występuje w danej chwili zapotrzebowanie. Aby pochylali się nad pytaniami o to czy pragną w danej dziedzinie kształcić “szeroko” czy też “wąsko” – z nastawieniem na specjalistyczną wiedzę czy wykształcenie ogólne, które teoretycznie pozwala na lepsze dostosowanie się do rynku. Na potwierdzenie swojej tezy przywołała fakt, że wszystkie deficyty pracownicze w Poznaniu w obecnym czasie, mimo ponad dwudziestu uczelni wyższych, wypuszczających na rynek co roku setki absolwentów, dotyczą pracowników z wykształceniem na poziomie szkoły zawodowej.

Po przerwie kawowej do uczestników seminarium dołączyli studenci prof. Wojciecha Nowiaka, z Zakładu Polityki Społecznej i Ekonomicznej. I tutaj nastąpiło coś  – i jest to jedynie opinia piszącej poniższy tekst – co świetnie wpisało się w role społeczne, o których była mowa wyżej. Otóż prof. Nowiak zasugerował, w sposób mocny, wręcz autorytarny, że dalsza część programu seminarium powinna przebiegać w odwróconej kolejności. Mianowicie najpierw powinna się odbyć dyskusja ze studentami, którzy mogą chcieć za jakiś czas udać się na kolejne zajęcia, a dopiero później część związana z dyskusją panelową. Poza tym, stwierdził prof. Nowiak, studenci są już zmęczeni gadającymi głowami.

Próbowałam sobie przypomnieć w jakich mediach oraz na jakich konferencjach / debatach / panelach studenci mają okazję tak bardzo zmęczyć się żeńskimi gadającymi głowami…nie znalazłam niestety żadnych przykładów. Zadumałam się też: czy wyobrażam sobie profesorkę, która w podobny sposób instruuje panelistów i organizatorów płci męskiej, jak dalej powinni prowadzić swoje obrady oraz wskazuje na zmęczenie ich ciągłym i niekończącym się perorowaniem….

Prof. Iwetta Andruszkiewicz  oraz prof. Robert Kmieciak, podziękowali prof. Nowiakowi za opinię i zadecydowali poprowadzić dalszą część seminarium zaplanowanym trybem.

Warto może tylko powiedzieć, że pierwszy panel podsumowany został przez… mężczyznę, jednego z profesorów obecnych na sali, który “generalnie zgadzając się z przedmówczyniami”,  pokazał jednak, że jest to zgoda na potrzeby uprzejmej konwersacji, gdyż – jak zauważył – chłopcy nie muszą się bawić lalkami w młodości, a z dziewczynek nie trzeba wcale robić żołnierek i zmuszać do męskich zabaw (?), aby sytuacja w ich późniejszym życiu pracowniczym była korzystna (dla kogo?).

Miałam wrażenie, że tym podsumowaniem wróciliśmy w jakiś sposób do punktu wyjścia i tego jak wiele jeszcze przed nami pracy, aby zmienić towarzyszące naszym płciom stereotypy.

Witając gościnie drugiego panelu pt. “Kobiety w Polityce”, moderująca dyskusję, prof. Iwetta Andruszkiewicz, poprosiła każdą z nich o odpowiedź na pytanie czy płeć pomaga w polityce.

Na zdjęciu od lewej: Ewa Jemielity, radna Miasta Poznania z ramienia Prawa i Sprawiedliwości; Katarzyna Ueberchan, Twój Ruch; Joanna Jaśkowiak, Kongres Kobiet; Katarzyna Kretkowska, Przedodnicząca Klubu Radnych Zjednoczonej Lewicy, Prof. Iwetta Andruszkiewicz, UAM

Bożena Szydłowska z Platformy Obywatelskiej, zasiadająca również w Parlamentarnej Grupie Kobiet, odpowiedziała, że nikogo w polityce nie powinno się mierzyć przez pryzmat płci.  Zwierzyła się także, że źle się czuje, jako posłanka piastująca swój urząd już trzecią kadencję, w obecnym Sejmie. Nie podoba jej się to jak politycy zwracają się do siebie wzajemnie, jak się traktują. Martwi ją brak otwartych debat, spotkań. Nawet Parlamentarna Grupa Kobiet, której pierwsze koło powstało w 1991 r. i którego jest po raz drugi przewodniczącą, ma w tej chwili tylko 41 członkiń, mniej niż kiedyś.

Według pani posłanki kobiety jednak często same są swoimi wrogami i nie pomagają koleżankom – wskazała na tzw. syndrom drabiny, czyli moment, w którym kobieta, która osiągnie wysoki awans zawodowy przestaje pomagać swoim koleżankom na niższych szczeblach drabiny organizacyjnej.

Za zdjęciu, od lewej: Bożena Szydłowska, posłanka Platformy Obywatelskiej, Joanna Schmidt, posłanka niezależna.

Posłanka Szydłowska, parafrazując słowa małżonki prezydenta, Agaty Kornhauser-Dudy wypowiedziane przez nią podczas lutowego szczytu w Wilnie, zwróciła uwagę, że kobiet jest mało w polityce, bo wciąż są rozdarte, gdyż “nie potrafią znaleźć właściwej drogi między rozumem a sercem”. Według pani posłanki tkwi w nas, kobietach, syndrom matki i opiekunki, który nie pozwala nam wkroczyć do polityki – kojarzonej z męską brutalnością i bezwzględnością. Mimo, tego, że mamy obecnie coraz więcej żłobków, wiele zależy właśnie od tego w jakich rolach funkcjonujemy we własnych domach.

Z kolei posłanka niezależna, Joanna Schmidt, będąca także Wiceprzewodniczącą Partii Porozumienia Liberałów i Demokratów na rzecz Europy, przywołała badanie, w którym porównano 144 kraje i szanse kobiet na zaistnienie w polityce w każdym z nich. Jak można się spodziewać, procenty rozpinają się tutaj od 20 do 80.

Joanna Schmidt, swoje zawodowe życie spędziła w stolicy Wielkopolski, zdaje sobie jednak sprawię, że sytuacja kobiet w Polsce to nie “Morasko w Poznaniu”. W małych miejscowościach kobiety nadal muszą przebijać szklane sufity na każdym poziomie politycznej aktywności. Właśnie dlatego założyła ona w zeszłym roku Fundację BO TAK, która ma na celu zaangażowanie kobiet w politykę oraz działanie na rzecz zwiększenia ich roli w przestrzeni publicznej. Chciałaby aby działania fundacji były dla kobiet impulsem, który pomoże im kreować swoje życia i własną przyszłość w sposób przez nie wymarzony.

Wymieniła ona także bariery, które wg niej ciągle stoją na drodze wyrównania kobietom szans zaistnienia w polityce: rola kobiet w historii Polski, ich miejsce w kulturze i wynikające z nich wewnętrzne bariery – choćby w myśleniu o własnym awansie. Powiedziała: “kobiety trzeba pchnąć, zachęcić, nie wierzą one bowiem w to czy dadzą radę jako polityczki w zawodzie, który kojarzy się jako zdecydowanie męski, twardy, bezwzględny (a one same historycznie postrzegane jako delikatniejsze, słabsze).”

Pani posłanka Schmidt wywołała również temat hejtu internetowego i cyberprzemocy, których sama padła ofiarą. Wskazała też na przymiotniki, którymi hejtujący określają mężczyzn w sieci, versus te, którymi obdarza się kobiety (głupek, idiota versus zdzira, szmata itp).

Niestety, pod koniec swojej wypowiedzi sama wpisała się ona w tę dyskryminacyjną narrację, gdy stwierdziła, że czytając hejterskie bluzgi na swój temat wyobraża sobie po drugiej stronie….sfrustrowane i brzydkie (sic!) kobiety, którym się nie udało w życiu…

Na zdjęciu od lewej: dr Marta Mazurek, Pełnomocniczka Prezydenta Poznania ds. przeciwdziałania wykluczeniom; Bożena Szydłowska, posłanka Platformy Obywatelskiej

Kolejna panelistka, dr Marta Mazurek, Pełnomocniczka Prezydenta Miasta Poznania ds. przeciwdziałania wykluczeniom, wskazała na sytuację zawodową kobiet w Urzędzie Miasta Poznania: 43% pań pełni stanowiska kierownicze, 25%  jest dyrektorkami. Niestety, tylko co jedenasta kobieta ma szanse awansować na kierownicze stanowisko, w porównaniu z co czwartym mężczyzną. Według Marty Mazurek szklany sufit nadal bezpiecznie sobie wisi nad naszymi głowami i jest dość dobrze zbadany.

Pełnomocniczka Prezydenta przywołała film “Solidarność według kobiet” z 2014 r. w reż. Marty Dzido i Piotra Śliwowskiego jako przykład świetnego ukazania roli kobiet w najnowszej historii Polski (w tym Barbary Labudy, której Jacek Kuroń zaproponował przy Okrągłym Stole miejsce…protokolantki).

Marta Mazurek potwierdziła to, co mówiły uczestniczki poprzedniego panelu – kobiety w biznesie kojarzone są z kompetencjami miękkimi, działaniami z zakresu human recources, public relations, marketingu. Na szczęście “kobiecy styl” zarządzania staje się coraz większą wartością, w firmach częściej odchodzi się od “męskiego”, autorytarnego prowadzenia przedsiębiorstw.

Zwróciła ona uwagę, że kobiety są także coraz bardziej aktywne politycznie – pokazały to tzw. czarne protesty, które od 3 października 2016 r. wstrzymują niekonstytucyjne decyzje legislacyjne lub co najmniej utrudniają ich podjęcie. Panie okazują się świetnie w demokracji performatywnej, odgrywają kluczową rolę w inicjatywach obywatelskich. Natomiast  w demokracji deliberatywnej dominują panowie (stąd powodzenie takich grup fejsbukowych jak TA).

Według panelistki najważniejszy jest udział kobiet w demokracji reprezentatywnej – czyli ich realne wejście do partii, a przez nią – do aktywnej polityki. Teraz więc głównym zadaniem i wyzwaniem szefów partii (czyli prawie samych mężczyzn) jest zmienić kierunek zaangażowania kobiet – z demokracji performatywnej do reprezentatywnej, czyli – jednym słowem – przekonać je, że partie nie posłużą się ich kandydaturami do zdobycia popularności. A następnie zmienić swoje zapewnienia w realne wyrównywanie szans dla kobiet.

Katarzyna Kretkowska, polityczka z 30-letnim stażem, Przewodnicząca Klubu Radnych Zjednoczonej Lewicy oraz Wiceprzewodnicząca Rady Miasta Poznania, zwróciła uwagę, że kwestie które obecnie dzielą Polaków, kiedyś zupełnie nie stanowiły tematów kontrowersyjnych. Gdy zaczynała swoją karierę w latach 80. dostęp do środków antykoncepcyjnych był darmowy, aborcja dostępna, a płace równe. Polska była tradycyjna i konserwatywna – kobieta zajmowała się domem, mężczyzna pracował, a po pracy przychodził do tego domu odpocząć. Jednak wraz z rokiem 89. oczywistości przestały być oczywiste. Radna Kretkowska zwróciła uwagę, podobnie jak Marta Mazurek, na nieobecność kobiet przy Okrągłym Stole i na jedyną reprezentantkę płci mądrej  – Grażynę Staniszewską.

Uważa ona, że wyborcy lubią kobiety na partyjnych listach i chętnie na nie głosują, gdyż wydają się one im pracowitsze i bardziej konkretne, jednak same kobiety niechętnie starają się o ważne partyjne funkcje, bo te zazwyczaj oznaczają godziny “nasiadówek” z kolegami, często okraszonych alkoholem. A i panowie czują się w tym “męskim klubie” dobrze, z kobietami byłoby im nieco nieswojo. Dlatego w polityce jest ciągle obecny szklany sufit. Bo tam gdzie jest władza, tam są też pieniądze i możliwości.  Należy więc walczyć z tymi kulturowymi stereotypami, bo polityka potrzebuje obu płci.

Radna Kretkowska wspominała, że gdy sama zaczynała swoją karierę w samorządzie, jako nieznana osoba, jej kampania polegała na bezpośrednim kontakcie z wyborcami, poprzez…osobiste roznoszenie ulotek do ich mieszkań. Tym sposobem jednak “zrobiła” świetny wynik.

Symptomatyczne było dla mnie to, że Katarzyna Kretkowska, przekroczywszy czas przeznaczony przez moderatorkę na jej wypowiedź, zdawała się nie słyszeć próśb o zakończenie wypowiedzi. I kontynuowała ją do momentu, w którym uznała, że wszystko co chciała powiedzieć, wybrzmiało. Nie były jej w stanie przerwać ani inne panelistki, które bardzo miło i grzecznie przypominały, że czas się skończył, ani dobrze wychowana moderatorka. Radna Kretkowska, 30 lat w męskiej polityce, wydawała się skutecznie korzystać z narzędzi, które wykorzystują jej koledzy w debatach…

Kolejna z panelistek, Joanna Jaśkowiak, jest w polityce pośrednio, od kiedy jej mąż, Jacek Jaśkowiak został prezydentem Poznania. Od  8 marca 2017 uczestniczy w niej zaś aktywnie, gdyż nie podoba jej się to, co polityka próbuje zrobić ze sprawami dotyczącymi praw kobiet.

Odpowiadając na pytanie moderatorki o płeć w polityce, przywołała swój własny przypadek bycia pociągniętą do odpowiedzialności, za użycie zwrotu “jestem wkurwiona” podczas wystąpienia w sytuacji protestu i wiecu. Zrozumiała wtedy, że kobieta nie może publicznie uzewnętrzniać swoich emocji, nie powinna być zła i wściekła. Jest za to bowiem karana w tej, czy innej formie.

W swojej działalności politycznej chciałaby więc się skupić na zmianie tego stanu rzeczy i wsparciu donośnego głosu kobiet.

Z kolei Katarzyna Ueberhan, przedstawicielka Twojego Ruchu, zwróciła uwagę, że zaangażowane w życie publiczne kobiety nie lubią się nazywać polityczkami. Wolą występować jako aktywistki, społeczniczki,  a przecież ich działalność…to także polityka. I gdyby kobiety nie doświadczały w tej polityce dyskryminacji, nie byłoby w ogóle potrzeby organizowania tego seminarium.

Panelistka przywołała liczby – w tej chwili w parlamencie jest 27% kobiet, o 3% więcej niż w 2011 r. Idąc tym tropem możemy podejrzewać, że obecnością 50% kobiet w Sejmie będziemy cieszyć się… w 2050 roku. Dlatego wg niej powinny zostać uchwalone parytety, a na listach wyborczych tzw. suwak (nawet jako rozwiązanie nieidealne i tymczasowe).

Powinniśmy w polityce zwrócić także uwagę na język, którym się posługujemy i upewniać się stale, że nie jest on wykluczający czy dyskryminujący w stosunku do kobiet.

Radna Ewa Jemielity, ostatnia panelistka, reprezentująca Klub Radnych Prawa i Sprawiedliwości oraz Kongres Kobiet Konserwatywnych skonstatowała, że solidarność wśród kobiet…nie istnieje. Dowodem na to był fakt, że jako jedyna reprezentuje podczas panelu środowiska prawicowe. Prof. Andruszkiewicz wyjaśniła jednak, że tylko ona odpowiedziała na zaproszenie organizatorów, jeśli chodzi o szeroko pojętą prawicę.

Gościni stanęła także w wyraźniej opozycji do wszystkich tez wysuniętych przez zabierające głos wcześniej panelistki. Stwierdziła, że kobiety w polityce powinny wypowiadać się tylko wtedy, gdy mają wiedzę, a jeśli jej nie mają, powinny ustąpić pola specjalistom (czyli po prostu mężczyznom?).

Jednocześnie pani radna zaznaczyła, że los kobiet jest bliski jej sercu i dlatego angażuje i motywuje kobiety po 50. roku życia. Nie jest jednak zwolenniczką Kongresu Kobiet, który – wg niej – polska lewica uczyniła panaceum na wszystkie problemy kobiet, podczas gdy impreza ta marginalizuje, wg niej, środowiska nie reprezentowane na nim. Jeśli zaś chodzi o poruszony wcześniej brak debat na tematy kobiece i z panelistkami w roli mówczyń, to – wg radnej Jemielity – nie ma ich po prostu gdzie realizować, gdyż zarówno szkoły, jak i spółdzielnie mieszkaniowe nie chcą angażować się w użyczanie sal politykom. Pisząca te słowa jest zdziwiona, gdyż akurat przedstawiciele Prawa i Sprawiedliwości zdają się korzystać bardzo chętnie i bez problemów z sal np. kościelnych, organizując spotkania ze swoimi wyborcami…

Podczas części przeznaczonej na pytania publiczności, przedsiębiorczyni Iwona Paszkowska zaapelowała o utworzenie Poznańskiej Rady Kobiet. Nie jest to pomysł nowy, pojawił się już podczas Wielkopolskiego Kongresu Kobiet, natomiast jest on kolejnym głosem, w tej ważnej sprawie, który Pełnomocniczka Prezydenta Marta Mazurek obiecała wziąć pod uwagę.

Na zdjęciu, stoi: Iwona Paszkowka, przedsiębiorczyni

Jeden ze studentów zaś odniósł się do wspomnianego przez panelistki wcześniej braku kobiecej solidarności. Zapytał czy tzw. syndrom drabiny można rzeczywiście odnieść wyłącznie do kobiet i czy nie jest on przypadkiem uniwersalnym zjawiskiem, towarzyszącym osobom oby płci, które osiągnęły szczyty zawodowej kariery i wspięły się na najwyższe stopnie tejże drabiny.

Na pytanie studenta odpowiedziała obecna na sali socjolożka, dr Iwona Chmura-Rutkowska. Zgodziła się ona, że nie ma jednej cechy, która by zachowania kobiet sukcesu odróżniała od zachowania mężczyzn. Co więcej, zasugerowała, że my jako kobiety różnimy się bardziej wewnątrz własnej grupy, niż jako kobiety i mężczyźni. Kluczowe wg niej jest bowiem nie to jaką mamy płeć, a w jakiego rodzaju organizacji działamy, gdyż polityka jest ze swojej natury hierarchiczna. A kobiety często wtłacza się w pozycję „strażniczek patriarchatu” – stąd to szczególne oczekiwanie, żeby kobiety wspierały się wzajemnie, nawet w polityce, która jest po prostu brutalna. Dlatego wg dr Chmury-Rutkowskiej powinniśmy zacząć postrzegać się przede wszystkim jako ludzie, a czynników, które nas przeciwko sobie nastawiają szukać  w określonym typie organizacji, nie zaś w płci.

na zdjęciu, druga z prawej: dr Iwona Chmura-Rutkowska, Wydział Studiów Edukacyjnych, UAM

Radna Kretkowska podkreśliła jednak ponownie znaczenie kobiecej solidarności w polityce. Solidarności, która ujawniła się choćby podczas tzw. czarnych protestów. Dr Marta Mazurek dodała z kolei, że o zdrowej rywalizacji w polityce, bez względu na płeć, można będzie mówić gdy kobiet będzie w niej dokładnie tyle samo ilu mężczyzn. Do tego czasu panie powinny zrobić wszystko, aby wzajemnie się wspierać: jak najczęściej spotykać na podobnych panelach, nawiązywać współpracę (wspomniała zorganizowany przez siebie Okrągły Stół Kobiet), przyjeżdżać na Kongresy Kobiet, ogólnopolskie i regionalne, zrzeszać się i stowarzyszać. Obiecała także przyjrzeć się postulatowi Poznańskiej Rady Kobiet w najbliższym czasie.

Niestety, także ten panel postanowił podsumować mężczyzna, wzbudzając wiele emocji wśród zgromadzonych pań, w tym – piszącej te słowa. Otóż wspomniany wcześniej prof. Wojciech Nowiak zabrał głos, przychylając się do teorii radnej Jemielity, że solidarność kobiet nie istnieje. Poinformował też panie, że “więcej byśmy zyskały, gdybyśmy o pewne rzeczy potrafiły wspólnie walczyć” (czyżby prof. Nowiak miał przez ostatnie dwa lata wyłączony dostęp do mediów?).  Zauważył też, że kobiety mogą wejść do polityki, jeśli “wesprze je jakiś mądry mężczyzna”. I właśnie, jako taki mężczyzna, który najwyraźniej objaśnia świat kobietom, zakończył swoje przemówienie: “Nie narzucam się, nie mówię z wyższością, to jest po prostu REALIZM” (który najwyraźniej oznaczał “słuszność” – mowa ciała profesora uwieczniona na poniższym zdjęciu ów “realizm” uwypukla. Od razu widać kto ma rację, a kto powinien uważnie słuchać).

Gdy Joanna Jaśkowiak zwróciła profesorowi Nowiakowi uwagę na to, w jaki sposób zwraca się do słuchaczek i że to co mówi wzmacnia tylko jego szowinistyczną postawę, ten powiedział, że “nie ma nic przeciwko temu, by nazywać go męską, szowinistyczną, świnią, bo często go to spotyka”. Były to dla mnie szokujące słowa w ustach mężczyzny-naukowca, który przyprowadził grupę studentów na panel poświęcony sprawom dyskryminacji kobiet. Zaczęłam się bowiem zastanawiać jaki towarzyszył mu cel.

na zdjęciu, pierwszy z prawej: prof. Wojciech Nowiak, Wydział Nauk Politycznych i Dziennikarstwa, UAM

Niestety, ze względu na dalsze zobowiązania nie mogłam uczestniczyć w ostatniej części seminarium, w panelu poświęconym kobietom w środowisku akademickim, z udziałem wspaniałych naukowczyń. Mam jednak nadzieję, że ostatnie słowo debaty nie należało i tym razem do mężczyzny.

Serdecznie gratuluję organizatorkom i organizatorom tej ważnej inicjatywy. ONEPoznan proszą o więcej!

Materiał Telewizji Akademickiej UAM z seminarium możecie zobaczyć TUTAJ

Tekst i zdjęcia: Agata Grenda