Piete idzie na wojnę

Piete idzie na wojnę

Wiesława Szczygieł

(Materiał przygotowany na konferencję naukową Kobiety i/a doświadczenie wojny (1914-1945 i później) Instytutu Kulturoznawstwa UAM i Akademii Muzycznej im. I. J. Paderewskiego w Poznaniu i opublikowany w r. 2015 przez Wydawnictwo Naukowe Wydziału Nauk Społecznych UAM, pod red. Małgorzaty Grzywacz i Małgorzaty Okupnik; edytowany i uaktualniony 20 maja 2018 r.)

Scheidemühl – co jest w życiu najważniejsze?

W 2002 roku z okazji wydania jej ostatniej powieści Auch wenn es Nacht ist (Nawet jeśli jest noc), tygodnik „Die Zeit” prezentował ją, jako „pisarkę, tancerkę i zdeklarowaną pacyfistkę (…) jedną z wielkich kobiet XX wieku” i wyrażał nadzieję, że zostanie jej przywrócone należne miejsce w historii kultury Niemiec[i].

Kiedy miała 12 lat, wybuchła pierwsza wojna światowa, a ona zaczęła ją opisywać. Potem wiele czyniła, starając się zapobiec wybuchowi drugiej. Zwalczała nazizm, ksenofobię i wszelkiego rodzaju dyskryminację. Bogaty życiorys, wielkie zasługi. Ale świat niewiele wie o Jo Mihaly. To nic dziwnego, świat żyje teraźniejszością. Jest zresztą wielu innych, którym ludzkość zawdzięcza więcej niż tej skromnej kobiecie. Jej największymi walorami była tylko wielkoduszność i odwaga. Takie proste, ale jakże niewielu się nimi chlubi.

Jo Mihaly to jej pseudonim sceniczny i literacki, naprawdę nazywała się Elfriede Alice Kuhr, bliscy znali ją jako Piete. Po mężu nosiła nazwisko Steckel, na uchodźctwie artykuły pisywała jako: Francesco Moletta, Jaques Michel, J. Josias.

Urodziła się 25 kwietnia 1902 roku w pruskim Schneidemühl, trzecim po Poznaniu i Bydgoszczy, mieście Prowincji Poznańskiej; mieście, które po 173 latach zaboru, w 1945 roku wróciło do nazwy – Piła. W 1920 roku wyjechała do Berlina, trochę podróżowała, a w roku 1933, kiedy prezydent Hindenburg powierzył urząd kanclerza Rzeszy Hitlerowi, wyemigrowała do Szwajcarii, gdzie z niewielkimi przerwami mieszkała do śmierci. W 1946 roku zaangażowała się w politykę. By pomóc w odbudowie niemieckiej kultury, w radzie miejskiej Frankfurtu nad Menem przez niemal rok była członkiem komisji kultury. Rozczarowana polityką wróciła do Szwajcarii. Ostatni etap życia spędziła w Asconie. Zmarła w 1989 roku w Bawarii, w domu córki.

Jej rodzice to nauczycielka śpiewu Margarethe Kuhr-Golz (1875-1924) i architekt Richard Kuhr (1865-1921). Ich małżeństwo, zanim się rozpadło, wydało na świat czwórkę potomstwa. Dwóch starszych synów zamieszkało z ojcem w Gdańsku, trzyletni Wilhelm Gunter i Piete – zostali w Pile u rodziców matki, Eduarda Golza (1840-1913) – budowniczego, mistrza murarskiego i miejskiego rajcy i Berthy (1852-1929), córki Caroline z d. Sutor i piekarza-cukiernika Ludwiga Habera (1819-1851). Syn Golzów, Bruno, doktor filozofii, zajmował się literaturą oraz historią sztuki, oraz kolekcjonował jej dzieła.

W 1910 roku dziadkowie przyjęli do swego domu również Ernsta i Hansa, starszych synów córki, bo ich ojciec nie radził sobie z ich utrzymaniem. Spędzili w Pile trzy lata, po czym zaciągnęli się na statki handlowe, które jeszcze przed wojną opuścili. Jeden osiedlił się w Australii, drugi w Afryce. Ostatni raz rodzeństwo spotkało się w 1924 roku, na pogrzebie matki. Później, na wieść, że siostra poślubiła Żyda, zerwali z nią kontakty. Eduard Golz zmarł dwa lata przed wybuchem I wojny światowej. Kilka lat później rodzina przeprowadziła się z okazałej willi do skromniejszego mieszkania w położonej nieopodal kamienicy, w której mieszkała z rodziną Luiza Otter, najstarsza z sióstr Haber. Zgromadzone przez Eduarda środki niemal do połowy wojny pozwalały jej wieść w miarę dostatnie życie. Z pewnością nie była to zwyczajna rodzina, w ich domu była biblioteka i pianino, dzieci toczyły filozoficzne dysputy, a dorośli z nimi rozmawiali.

Zżyte i przyjaźniące się rodzeństwo utrzymywało silną więź z matką, która prowadziła w Berlinie własną „Meisterschule für Bühne und Konzert”, kilka razy do roku bywała w Pile i regularnie z dziećmi korespondowała. Piete uwielbiała matkę, wprawdzie uważała, że ceni ona bardziej utalentowanego syna, jednak otoczona miłością babki, nie cierpiała z tego powodu, a nawet przyjmowała ten stan za naturalny. Podobnie jak i fakt, że i niepełna rodzina może być szczęśliwa, pod warunkiem, że panuje w niej miłość.

Piete z bratem Willim (fot. z archiwum związku byłych pilan w Cuxhaven)

 

W liceum imienia cesarzowej Augusty Wiktorii – dla dziewcząt z dobrych domów – nie otrzymywała nagród. Wręcz przeciwnie, większość grona pedagogicznego postrzegała ją jako krnąbrną i leniwą. „Niegrzeczna pannica o hardym spojrzeniu”[ii] (str. 31), która zadaje trudne pytania i wyraźnie odbiega od szkolnej społeczności. Na szczęście były w tym gronie wyjątki – wychowawczyni, nauczycielka rysunków, nauczyciel tańca… Jej babka, brat, matka zachęcali ją, do często niekonwencjonalnych, ale zawsze szczerych i prawych reakcji, a zwłaszcza do zajmowania stanowiska wobec wszelkiego zła. I zawsze wspierali. Od najmłodszych lat Piete bez wahania zabierała głos, a nawet używała też siły w obronie krzywdzonych. Miała dziesięć lat, kiedy wystosowała protest do rady miejskiej Schneidemühl w obronie niesłusznie oskarżanych Cyganów, jako dwunastolatka w ulicznej bójce broniła honoru koleżanki Żydówki, rok później podjęła się obowiązku monitorowania sytuacji jeńców w pilskim obozie, gotowa była pisać petycje do Czerwonego Krzyża, gdyby okazało się, że panujące tam warunki uwłaczają ich godności.

Niezrozumiała ostentacyjnej ksenofobia, która w pierwszych miesiącach wojny ogarnęła także jej miasto, w którym dotychczas żyli w zgodzie Niemcy, Polacy i Żydzi. Nie tolerowała głupiej i jakże nielogicznej antysemickiej nagonki, bo przecież Jezus wybaczył swoim oprawcom, no i …nawet jeśli to Żydzi rozniecili wojnę (…) to dlaczego wszyscy krzyczą „hurra” i mówią, że wojna to sprawa honoru i że zaszczytem jest polec za Ojczyznę? (str. 73)

Piete bardzo kochała ojczyznę, ubolewała, że w tym trudnym dla niej czasie jest bezużyteczna, że nie może oddać za nią życia. Właśnie wtedy matka wymyśliła dla niej jej patriotyczną misję – prowadzenie dziennika wojennego w celu udokumentowania patriotyzmu i bohaterstwa Niemiec. Piete potraktowała ją poważnie: obserwowała, czytała, słuchała, pytała, opisywała, ale też analizowała i nie wahała się notować swoich narastających wątpliwości.

Czasami zamykam oczy i wyobrażam sobie, jak wygląda pole bitwy. Pewnie wszystko jest zdruzgotane, ziemia rozryta, pnie drzew płoną jak pochodnie, pełno martwych żołnierzy, a ci, co jeszcze żyją, pełzną po ziemi i wciskają rękoma wnętrzności do brzucha. powietrze czarne jak smoła i straszny smród. Wrony, mnóstwo wron. I szczury.

W „Gazecie Pilskiej” napisali, że Reims nie walczyło. Ale Francuzi pisali (to też jest w naszej gazecie), że zniszczyliśmy wspaniałą, starą wieżę katedry w Reims i że my jesteśmy barbarzyńskie „świnie” (szwaby). Gazeta twierdzi, że Francuzi ustawili na wieży katedry karabiny maszynowe. Więc jak to: „bez walki”. Człowiek czyta i czyta, a tam jeden mówi tak, a drugi tak. (str.59-60)

Wkrótce wrażliwa, inteligentna dziewczynka przeobraziła się w zdeklarowaną pacyfistkę, którą pozostała do końca życia. Wiek autorki, jej dojrzewanie „na oczach” czytelnika i owo przemieszanie historii z prywatnymi opowieściami, czynią ten pamiętnik jednym z ważniejszych dokumentów epoki.

 

Okładka niemieckiego wydania dziennika

Pierwsza wojna światowa oszczędziła Schneidemühl, miasto nie znalazło się na scenie żadnego z teatrów wojny. Jednakże wieści docierające do młodej kronikarki pochodziły niejako z pierwszej ręki. Miasto było ważnym węzłem kolejowym, przez który zmierzały na wschód wszystkie niemieckie transporty wojskowe. Już w pierwszych dniach wojny jej babka wraz z koleżankami z Ojczyźnianego Stowarzyszenia Kobiet zorganizowała na stacji punkt Czerwonego Krzyża. Berta Golz przeżyła już dwie wojny i choć obie były zwycięskie, dobrze wiedziała, co znaczy wojna dla zwyczajnych ludzi. Nie trzeba było długo czekać, aby zobaczyć życie w spokojnym, dostatnim miasteczku staje się coraz bardziej trudne, jak znika wojenna euforia, a wkracza smutek, jak pociągi tak niedawno pełne wesołych, butnych młodych mężczyzn wracały wypełnione rannymi, uchodźcami z terenów objętych walkami i… trumnami. Ilość sponiewieranych, wygłodzonych żołnierzy, zwożonych do pilskiego obozu przekroczyła wkrótce liczbę mieszkańców miasta[iii]. Wojnę czuło się na każdym kroku:

Nasze mosty kolejowe są zamknięte. Wszędzie można natknąć się na patrole. Na mostach wiszą nakazy: „Jedź powoli!”. Każdy kierowca jest sprawdzany, każdy pojazd przeszukiwany. Przechodnie nie mogą zatrzymywać się na moście. Pod mostami przetaczają się wojskowe eszelony. Nagle ma się wrażenie, że wróg jest całkiem blisko. Ludzie zaczynają być niespokojni. Słyszeliśmy, że niektóre rodziny opuściły miasto, Marynia nie jest jedyną osobą, która chciałaby uciec. Z Prus Wschodnich przybywają coraz to nowi uchodźcy. Tym razem już nawet sama ich widziałam, matki, dzieci, stare kobiety i mężczyzn. Niektórzy dobrze ubrani, niektórzy biednie. Wszyscy taszczą walizy i toboły z pierzynami, kocami, płaszczami. Uchodźców też karmi nasz dworcowy punkt Czerwonego Krzyża.(str. 40)

Koleżanki Berty Golz, jeszcze miesiąc temu szermujące patriotycznymi sloganami i dumne z synów w mundurach, jedna po drugiej zaczynają opłakiwać ich śmierć. W szkole uczniowie śledzą przebieg wojny i oznaczając miejsca zwycięstw koalicji wpinają w mapy chorągiewki. Nauczyciele opowiadają o heroicznych wyczynach niemieckiej armii, a kiedy ta odnosi większe zwycięstwa, szkoła daje uczniom wolne. Dziewczyny tańczą z radości, bo jeśli tak dalej pójdzie, to wcale nie będą musiały się uczyć.

Piete codziennie bywa na dworcu, karmi i poi żołnierzy i słucha ich opowieści. Wielu pragnie wyrzucić z siebie grozę frontowych przeżyć. Obserwuje wojskowe transporty, które przewożą nie tylko ludzi i sprzęt, ale też psy i konie, bo i one wykorzystywane są na wojnie. Piete uwielbia zwierzęta, czasami łamie wojenne zakazy i ukradkiem dzieli się jabłkiem z jakąś szkapą na ulicy. Wojna, która miała się rozegrać w kilka miesięcy, ciągnie się w nieskończoność.

Artykuły spożywcze podrożały o kilka fenigów. to znaczy, że wkrótce może nas czekać taki głód, że będziemy jeść psy i koty. – Dlaczego nie konie? – powiedziała babcia. Babcia jest rozgniewana, bo gospodynie domowe zaczynają wykupywać podstawowe produkty żywnościowe. Przedsiębiorcy są bardzo zadowoleni z dochodów i wyprzedają wszystko, co mają w sklepie. Artykuły w gazetach piętnują „chomikowanie” żywności, co jest zabronione. (…) Prawie co pół godziny przyjeżdżają pociągi z wojskiem. Często nie możemy nadążyć z noszeniem naczyń z kawą z peronu na peron. Pomagają nam kolejarze. Mój fartuch i spódnica są wilgotne od chlapiącej kawy. Miasto roi się od obcych oficerów. (str. 44)

Mieszkańcy uciekają, ale do wykarmienia jest coraz więcej ludzi:

Tam gdzie mieszkaliśmy nie został kamień na kamieniu – opowiadała jakaś wieśniaczka – wszystko spalone. Ani jedno bydlątko nie ostało się żywe. Trochę pościeli, ubrań i resztka pieniędzy, to tyle cośmy zdążyli wziąć ze sobą. (…) Krążyłyśmy wkoło i rozdawałyśmy chleb, kawę, zupę. Codziennie na stacji zużywa się średnio: 400 kilogramów chleba, pół cetnara81 kawy, 100 litrów mleka i cetnar smalcu. Czasami w ciągu jednej godziny przyjeżdżają trzy albo cztery pociągi z wojskiem, każdy po 1500 ludzi. Między nimi przybywają transporty uchodźców i pociągi pasażerskie zamienione w lazarety. Wczoraj wieczorem z jednego z takich pociągów wypadł jakiś żołnierz i strasznie desperował. Na sobie miał tylko szarawą koszulę, znaczek identyfikacyjny na szyi i obdarte wojskowe spodnie. Biegał tam i z powrotem przed budą Czerwonego Krzyża, szarpał się za włosy i z dziesięć razy walnął głową w żelazny słup lampy, zawodząc: – Słyszę ich krzyki, niech nie mówią, że mi się wydaje! Słyszę ich krzyki, słyszę krzyki! – A potem otworzył szeroko usta i zaczął wyć: „Aaaah… aaaah… aaaah…”, aż przybiegli dwaj sanitariusze i wykręcili mu ręce za plecy. Z rozbitego o latarnię czoła sączyła mu się krew. My też tam pobiegłyśmy, a przerażona babcia zapytała: – co się z tym chłopcem dzieje? – Oszalał – powiedział jeden z sanitariuszy. – Walczył na Mazurach i mu odbiło. Poza tym nic mu nie jest. (str. 57)

„Lubię tę budę Czerwonego Krzyża. Żołnierze też ją lubią”. Piete (z dzbankiem) i siostry z punktu Czerwonego Krzyża na dworcu kolejowym w Pile (fot. z I wydania dziennika)

Na stacji nie jest już tak wesoło, jak w pierwszych dniach wojny:

Przerażające wieści o partyzantach! Mówi się, że Rosjanie przywiązują do drzew niemieckie kobiety, które nie zdążyły uciec, stawiają przed nimi drewniane krzyże, do których przybijają ich dzieci. Kiedy dzieci umierają na oczach matek, Rosjanie okaleczają kobiety i je zabijają. Mówią, że belgijscy partyzanci też nie są lepsi, ale robią to bardziej skrycie. partyzantów nazywają „wojenne hieny”. Jak się na nich natkną, to ich zabijają. Mówią, że belgijscy partyzanci też nie są lepsi, ale robią to bardziej skrycie. (…) Dobry Boże, zakończ tę wojnę! Już nie uważam, że jest piękna, mimo że mamy tyle dni wolnych od szkoły i że wygrywamy. (str. 61)

16 września 1914 roku matka napisała z Berlina:

Pod Maubeuge zginął mój ulubiony uczeń Siegfried Dahlke. Najlepszy uczeń w klasie śpiewu, tenor bohaterski, mógł być drugim Caruso! Nie możesz sobie wyobrazić mojego żalu. (…) Dziękuję, Pietuś, za pierwsze strony twojego dziennika! Ależ się napracowałaś. To już prawie książka. Powinnaś jednak dostrzegać heroizm tej wojny, nie tylko jej ciemną stronę. To przesłania wielkość wydarzeń. Nie daj się owładnąć zniewieściałemu sentymentalizmowi. Nasi wrogowie chcą nam odebrać nasz kraj i naszą godność. Nasi mężczyźni bronią obu. Siegfried Dahlke zginął śmiercią bohatera! Nigdy o tym nie zapominaj! (str. 69)

Piete komentuje ów list:

Nigdy o tym nie zapomnę. I nie płaczę dlatego, że nasi żołnierze zginęli bohaterską śmiercią, wiem, że bohaterska śmierć to coś wielkiego. Płaczę, bo zginęli, po prostu zginęli. Nie będzie już żadnego poranka, żadnego wieczoru z nimi, bo są martwi. Kiedy jakiejś matce ginie syn, nie będzie wypłakiwać oczu dlatego, że jej syn poległ jak bohater, ale dlatego, że umarł, że jest pogrzebany, że go już nie ma. Już nigdy nie siądzie z nim przy stole, nie ukroi dla niego kromki chleba, nie zaceruje mu skarpet. Dlatego nie powie „dziękuję”, że zginął śmiercią bohatera. (proszę, proszę, mamusiu, nie gniewaj się!). (str. 69)

Kiedy po raz kolejny matka zgłasza zastrzeżenia, Piete odpisuje:

… Rozumiem, że nie chcesz już mojego dziennika; właściwie to już od dawna nie żebym dalej pisała. Ja po prostu nie uderzam już we właściwe struny (…). To dlatego, że ja już wcale nie zachwycam się wojną (…) W każdej chwili myślę o umierających wszędzie żołnierzach, nie tylko o Niemcach, ale również o Francuzach, Anglikach, Rosjanach, Włochach, Serbach i sama nie wiem jakich jeszcze innych. Albo o tych którzy wracają jako kaleki. Boję się, że Willi też pewnego dnia zostanie powołany. Wielu chłopców z gimnazjum, którzy zgłosili się na ochotnika, już poległo. Proszę, wybacz mi, że sprawiam ci tyle zmartwień. (…) zachowaj choć trochę miłości dla mnie, pomimo mojej głupoty. (str. 233-234)

Wiadomości spływają nieustannie. Przed redakcjami wystają ludzie, czytają wiadomości wywieszane w witrynach, zanim jeszcze ukażą się w gazetach i komentują. Codziennych informacji dostarczają przejeżdżający przez stację kolejową żołnierze. Ci którzy jadą z zachodu, mówią, że:

okolica wokół Verdun jest jak powierzchnia księżyca z tysiącami kraterów. Nie ma drzew, krzewów, domów, ptaków, nic, tylko leje po bombach, zabici, ranni, zasieki, okopy, schrony i ogień: ogień zaporowy, bombardowania, ostrzał artyleryjski. Żołnierze, którzy jeszcze żyją, opierają karabiny o plecy martwych towarzyszy i strzelają dopóty, dopóki sami nie padną. A wiesz, dzienniku, co to są „miotacze ognia”? To takie pompy, które pokrywają dywanami płomieni atakujących żołnierzy, albo ich okopy. Wtedy ludzie palą się żywcem. (str. 221)

Dziennik pełen jest podobnych relacji. Piete odwiedzała z babką szpitale, sprawdzała jakie warunki panują w obozie, odwiedzała cmentarze jenieckie, pisała listy i wysyłała paczki do nieznajomych żołnierzy na froncie. Z zapałem włączała się w każdą wojenną pożyczkę, którą ogłaszał rząd. I choć widziała, że jej koleżanki interesują się już raczej oficerami, ona ciągle jeszcze przewodziła w zabawach w wojnę i przeistaczała się w wyimaginowanego porucznika von Yellenica, w którym kocha się sanitariuszka Marta, którą odgrywała Gretel, jej młodsza przyjaciółka z podwórka.

Piete z Annulką (pierwsza z prawej) w miejskiej ochronce (fot. z I wydania dziennika)

Zanim wiosną 1918 roku porzuciła szkołę i podjęła pracę opiekunki w miejskim ośrodku dla dzieci i niemowląt, przeżyła pierwsze uniesienia miłosne, kilka spotkań, jakiś spacer, muśnięcie dłoni, jedno wyznanie. Porucznika Wernera Waldeckera nie zdążyli poznać jej najbliżsi, zginął wykonując próbny lot. Wkrótce po tym, jej brat artysta i pacyfista, dostał kartę mobilizacyjną. Na nic zdały się zabiegi matki, żeby go przed służbą ojczyźnie, uchronić. Owa patriotyczna ambiwalencja nie po raz pierwszy zdumiewa Piete – kiedy chodzi o własnych synów i mężów ojczyzna schodzi na drugi plan. Pierwsza tak osobista śmierć i lęk o brata to kolejne cezury w jej przyśpieszonym dojrzewaniu. Uleciała radość życia i ciekawość świata, nauka przestała być istotna. Ratunkiem okazała się praca z chorymi dziećmi. Pokochała to ciężkie, odpowiedzialne i pracochłonne zajęcie. Wiele z dzieci przyniosły tu targane rozterkami młode żony żołnierzy, prawie wszystkie cierpiały na niedożywienie. Czuła się za nie wszystkie odpowiedzialna:

…Maleńkie, wygłodzone ciałka. I wielkie oczy! Jak płaczą, słychać tylko słabe popiskiwanie. Jeden chłopczyk pewnie wkrótce umrze. Jego twarz przypomina wysuszoną mumię; lekarz daje mu zastrzyki z soli fizjologicznej. Kiedy się pochylam nad jego łóżeczkiem, maluch patrzy na mnie swoimi ogromnymi oczami, jak stary, mądry człowiek; a przecież ma dopiero sześć miesięcy. W jego spojrzeniu wyraźnie widać jakieś pytanie, a właściwie wyrzut. Ciągle podkradam dla niego pieluszki gazowe, bo te z ligniny szybko przyklejają się do malutkich, krwawiących pośladków dzieci, a kiedy ostrożnie próbuje się usunąć olejkiem mokrą ligninę, dzieci krzyczą. Ale dom dziecka ma tylko kilka pieluszek z materiału. (str. 341)

Może jest jeszcze jakiś sposób, żeby temu szaleństwu położyć kres, może Bóg zechce przyjąć ofiarę z jej życia? Piete podjęła taką próbę.

Berlin – nie zagubić drogi

Drugi etap życia Elfriede Kuhr rozpoczął w 1920 roku. Miała osiemnaście lat, kiedy z prowincjonalnego miasteczka przeniosła się do tętniącego życiem Berlina, trzeciej co do wielkości metropolii w ówczesnym świecie, miasta nowoczesnej nauki, techniki, kultury i sztuki, ale też miasta wolnego, liberalnego i rozwiązłego. „W Berlinie ani przez chwilę nie było nudno być młodym. […] miasto było głodne radości życia, stylu, nowych form wyrazu. Lubiłem jego splin i ogromne wymiary” – pisał Márai[iv]. Piete uczyła się śpiewu, pomagała matce i dorabiała jako sekretarka, by opłacić pobierane w tajemnicy lekcje baletu klasycznego i tańca nowoczesnego. Była uczennicą m.in. Berthe Trümpy i wkrótce dołączyła do znanego berlińskiego zespołu Haas-Heye-Ballets, z którym już jako Jo Mihaly, w latach 1923-1924 tańczyła podczas europejskiego tournée w rewiach i cyrku. W sezonie 1926/27 była „tancerką nowoczesną” w Teatrze Trzech Miast Königshutte-Beuthen-Gleinitz (Chorzów-Bytom-Gliwice), w następnym na berlińskiej Volksbühne, zagrała Tytanię w Śnie Nocy Letniej Szekspira, zawierając bliższą znajomość ze sławnym aktorem Leonardem Stecklem, którego w grudniu 1927 roku poślubiła. Stecklowie zamieszkali w „czerwonej” dzielnicy Berlina, w sąsiedztwie prominentnych intelektualistów i artystów. Małżeństwo pozwoliło jej zrealizować własne plany i wypełniać misję, jaką sam Bóg – zdaniem kochanej babki – złożył na jej barki[v].

„Czasami słowo było za dosadne, a ołówek zbyt ostry. Wówczas poszukiwałam trzeciego środka wyrazu. Nie posiadałam nic innego, jak moje dość wytrenowane ciało. Tak rodził się taniec. Tańczyłam w podrzędnych lokalach, w kabarecie, w cyrku i na dużej scenie koncertowej. Nie, nie ma żadnej różnicy, podłogi są z takiego samego drewna, wszystkie deski pochodzą z tych samych drzew” – mówiła w jednym z wywiadów[vi].

Jo Mihaly w tańcu Robotnik, na okładce Tanzdramy

O ile dziennik wojenny był prostą relacją, o tyle literatura i taniec stały się sposobem zmierzenia się z traumą wojny oraz jej własną kampanią na rzecz lepszego świata. Jo Mihaly zaczęła pracować nad „tańcami epickimi”. Do 1934 roku powstały jej choreograficzne miniatury: Wizja wojny, Prześladowanie Żydów, Ryby dla ludu, Matki, Kwiat w cieniu podwórza, Parobek, który dostał ziemię, Judyta zabija Holofernesa, Uczniowie Talmudu, Indyjska zbieraczka bawełny, Robotnik, Rabunek. Prezentowała je w cyklach: Tańce naszego czasu i Przypowieści. Przywiezione ze Schneidemühl wojskowe buty wujka, wyniesiony z pola bitw hełm belgijskiego żołnierza i zniszczony mundur brata złożyły się na sceniczny kostium do Legendy o martwym żołnierzu. W układach o porażającej sile wyrazu, kreślonych surowymi, ostrymi gestami, mimiką i kostiumem, a także w podejmowanych tematach – cierpienie, ukrzyżowanie, ofiara – krytycy dopatrzyli się paraleli do grafik Käthe Kollwitz. I choć tematy krytyki społecznej, antymilitarne, czy pantomima nie były na berlińskich scenach tanecznych czymś nowym[vii], doceniła ją prasa zarówno lewicowa, jak i konserwatywna. Dołączyła do czołówki niemieckich ekspresjonistycznych tancerzy, Mary Wigman, Rudolfa von Labana, Grety Palucci, co nie było łatwe w pełnym tancerek i kabaretów Berlinie.[viii] Zdobyła uznanie na tyle znaczące, że złożono jej ofertę przyjęcia tytułu „narodowej tancerki Niemiec”. Jej odrzucenie było jednym z powodów decyzji o emigracji.

Nieco wcześniej, po tym jak złamana wieścią o śmierci matki zawróciła z tournée, nawiązała przyjaźń z Gregorem Gogiem, twórcą utopii wolnego, socjalistycznego społeczeństwa, przywódcą ruchu bezdomnych, których liczba w czasie wielkiego kryzysu rosła lawinowo. Związała się z jego Bractwem Włóczęgów, pisała wiersze, pieśni i reportaże dla ich gazety i magazynu. W 1929 roku w Stuttgarcie podczas legendarnego, zielonoświątkowego zlotu wszelkiej maści włóczęgów, bezdomnych i bezrobotnych, zaprezentowała swoje wycinanki z czarnego papieru, którymi zilustrowała Balladę o nędzy, swój pierwszy utwór, opublikowany w 1929 roku w ich wydawnictwie. U nich wydała jeszcze powieść Michael Arpad i jego dziecko, o losie bezdomnego dziecka wędrującego po zdewastowanym przez wojnę kraju[ix], oraz opowiadania dla dzieci Teatrzyk lalek i inne ciekawe historie, które również zilustrowała.

Jo Mihaly w tańcu Wizja wojny, r. 1930 (z arch. Niklausa Starcka)

Zurych – walka o przetrwanie

W lipcu 1933 roku Jo Mihaly z kilkumiesięczną córeczką Anją uciekła do Szwajcarii, jej mąż dostał angaż w teatrze w Zurychu, ona przez wiele lat nie mając pozwolenia na pracę, pisywała artykuły do czołowych szwajcarskich gazet[x] sygnując je pseudonimami, działa w antyfaszystowskim ruchu oporu, przez niemal 10 lat prowadziła w Zurychu młodzieżową grupę artystyczno-agitacyjną Neuen Chor. Tworzyła scenariusze, muzykę[xi], choreografię, reżyserowała i występowała. Jej inscenizacje były rzadkim przykładem uwieńczonej sukcesem szwajcarskiej kultury robotniczej.

Artystyczną deklarację poparcia dla Romów złożyła w ukończonej w 1937 roku powieści, zatytułowanej Hüter des Bruders (Obrońca brata), którą wysłała na konkurs literacki dla wypędzonych z kraju pisarzy zorganizowany przez Amerykańską Gildię na rzecz Wolnej Kultury Niemiec. W 1942 roku spośród 171 rękopisów właśnie tę powieść typowało do zwycięstwa sześciu członków jury, byli wśród nich Tomasz Mann i Lion Feuchtwanger[xii].

Inna jej powieść Die Steine (Kamienie), historia lekarza pozbawionego prawa wykonywania zawodu, to ostra krytyka szwajcarskiej polityki wobec uchodźców i traktat przeciwko wykluczaniu ludzi z życia, jak działo się to m.in. z bezdomnymi w latach wielkiego kryzysu w Niemczech, czy takimi jak ona emigrantami w bogatej Szwajcarii.

Mimo sympatii dla wolnościowego anarchizmu, od końca lat dwudziestych Jo Mihaly stale oddawała się działalności społecznej, była współorganizatorką i członkinią wielu organizacji politycznych, społecznych, literackich. Na początku lat trzydziestych łączył ją silny związek z Ruchem Progresywno-Kulturowym Republiki Weimarskiej, promującym sztukę zaangażowaną politycznie i społecznie. Znała największe znakomitości tamtych lat: Mühsama, Piscatora, Tucholsky’ego i wielu, wielu innych; także ze względu na owe rozliczne znajomości była cenną współpracowniczką, a ponadto wykazywała się niespożytą energią i poczuciem obowiązku.

W 1940 roku założyła Towarzystwo Kulturalne Emigrantów i w obozach dla uchodźców organizowała cykle spotkań, odczytów i wykładów, mówiła m.in. o Zadaniach poety we współczesności, O powstaniu w getcie warszawskim, o dramaturgu-pacyfiście Tollerze[xiii], o Kollwitz i Lessingu. Prezentowała artystów, którzy stali się ofiarami nazizmu; wielu z nich, m.in. Georg Solti, Leopold Lindtberg, Manès  Sperber, François Bondy, czy Fritz Hochwälder, wkrótce zyskało światową sławę. Wszystko to, by przeciwdziałać duchowemu ubóstwu i apatii wynikającej z przymusowej bezczynności[xiv]. Współpracowała z ruchem Wolne Niemcy, z Georgiem Kaiserem, Stefanem Hermlinem i Hansem Mayerem zakładała szwajcarski oddział Stowarzyszenia Ochrony Pisarzy Niemieckich, a potem zasiadała w jego zarządzie. W latach 1938-1939 działała w nielegalnej w Szwajcarii Partii Komunistycznej (KPD) – pisała odezwy do niemieckich rolników i rodziców, wskazywała, jak unikać zbrodniczych skutków nazistowskiej polityki.

Ascona − bezpieczna przystań

Po zakończeniu wojny pojechała do Frankfurtu nad Menem z transportem zebranych w Szwajcarii, a niedostępnych w III Rzeszy książek, partytur muzycznych, przyborów do malowania. Powołała tam Wolne Niemieckie Towarzystwo Kultury i w niemal całkowicie zniszczonym mieście, po dwunastu latach tłumienia kultury, zaczęła organizować duże wydarzenia kulturalne, wystawy Beckmanna i Kollwitz, koncerty Strawińskiego, odczyty Kafki. Została członkiem komisji kultury w radzie miejskiej. Jednak widząc, jak bardzo polityka rozmija się z ideami, które wyznawała, już po roku zrezygnowała z udziału w życiu politycznym. Zapadła na zdrowiu, wróciła do Zurychu. W 1949 rozpadło się jej małżeństwo, Steckel związał się z inną kobietą i nie widział swojej przyszłości poza Niemcami. Ich małżeństwo formalnie rozwiązane zostało dopiero w 1955 roku, ale przyjaźń z byłym mężem trwała aż do jego tragicznie przerwanego życia[xv]. Jo Mihaly przeniosła się do Ascony, gdzie niemal dwadzieścia lat wcześniej tancerka Charlotta Bara zbudowała Teatr San Materno, jedno z centrów ekspresyjnego tańca w Szwajcarii, i w 1950 roku jeszcze raz zatańczyła[xvi]. W 1951 roku przeszła na katolicyzm. Żyła skromnie, poświęciła się literaturze i wykorzystując swoje rozległe kontakty organizowała spotkania literackie. Prócz wierszy, powieści i opowiadań pisała eseje, słuchowiska, książki dla dzieci, artykuły kulturalno-polityczne, przewodniki i reportaże, uprawiała krytykę literacką dla czasopism, radia i telewizji. Jej dorobek literacki liczy około trzydziestu pozycji, kilka wielokrotnie wznawiano. Wspólnym mianownikiem jej pracy i działalności był szacunek dla ludzkiej godności. Do końca pozostała otwarta, bezkompromisowa, zawsze gotowa stanąć w obronie ludzi pozbawianych praw do godnego życia, emanowała ciepłem i poczuciem humoru. W 1987 roku zagrała narratorkę w filmie Duchy i Goście[xvii]. Opowiadała o najlepszych czasach Grand Hotelu Brissago nad jeziorem Maggiore. Ona, sędziwa już dama, niemal rówieśniczka popadającego w ruinę i zapomnienie wspaniałego niegdyś obiektu, snuje opowieść o jego sławnych gościach. Tucholski, Kästner, Mehring, Leoncavallo, Caruso, Puccinii, Toscanini, Tauber, Mandozzi, Botta – to także jej znajomi lub przyjaciele.

Okładka angielskiego wydania dziennika 1998 r.

Jo Mihaly zmarła po krótkiej chorobie 29 marca 1989 roku, podczas odwiedzin u córki w Seeshaupt w Bawarii i tam, koło swojego wnuka, została pochowana.

Nigdy nie zapomniała Schneidemühl. Umiejscowiła tam akcję pisanej na uchodźstwie powieści zatytułowanej Auch wenn es Nacht ist (Nawet jeśli jest noc) opowiadającej o przeżyciach Niemki i Polaka, uciekających zimą 1945 roku z oblężonego przez Rosjan miasta.

W 2002 roku, kiedy powieść się ukazała, pisano i mówiono o niej częściej[xviii]. Pamięć o Jo Mihaly nie gaśnie. W bawarskim Neufahrn jej nazwisko nosi jedna z ulic, a miejscowe liceum obrało ją sobie za patronkę. W Szwajcarii w 2011 roku Niklaus Starck opublikował jej Listy miłosne do Ticino oraz ilustrowaną biografię pod znamiennym tytułem Jo Mihaly i ludzka godność[xix]. W 2014 roku telewizja niemiecka wyemitowała serial oparty na pamiętnikach Wielkiej Wojny, 14 odcinek poświęcony jest dziennikowi pilanki. Jej nazwisko przywołują badacze różnych obszarów kultury XX wieku, m.in. fenomenu Bractwa Włóczęgów, literatury dla dzieci, twórców niemieckiej emigracji, tańca modernistycznego, itp. Większość pamiątek i dokumentów po Jo Mihaly posiadają: Wydawnictwo Memoria Thomasa B. Schumanna, Archiwum Niemieckiego Tańca w Kolonii, Centrum Badań Literatury Niemieckiej na Uchodźctwie Waltera A. Berendsohna na Uniwersytecie w Hamburgu i Akademia Sztuki w Berlinie. W Muzeum Okręgowym w Pile znajduje się rzeźba jej głowy dłuta Wernera J. Müllera (dar córki) i angielskie wydanie jej wojennego dziennika, które przywiózł tu osobiście, wędrujący śladami autorki tłumacz i wydawca w jednej osobie – Walter Wright, pacyfista zafascynowany jej dziełem i osobowością[xx].

W grudniu 2017 roku ukazał się polski przekład wojennego dziennika dziewczynki. W kwietniu 2018 roku, roku stulecia zakończenia Wielkiej Wojny, w przeddzień urodzin Jo Mihaly, na domu, w którym się urodziła zawisła tablica pamiątkowa, projektu poznańskiego rzeźbiarza Norberta Sarneckiego. Jej dziennik to unikalna pozycja, jedyny opisujący Wielką Wojnę od jej pierwszego dnia do ostatniego, który zaczęło pisać dziecko, a skończyła kobieta, pacyfistka.

I jedyna opowieść o Pile sprzed stu lat. Jo Mihaly to wybitna postać i najsławniejsza pilanka, jednak kompleksowa ocena jej dzieła nadal czeka na autora.

———————————–

[i]                  Konrad Heitkamp, Die Zeit, 12. 9. 2002

[ii]                  Wszystkie cytaty pochodzą z polskiej edycji dziennika Piete Kuhr/Jo Mihaly „…znów się tam spotkamy! Wojenny dziennik dziewczynki 1914-1919”, tłum. Joanna Kościelnik-Mańczak i Wiesława Szczygieł, Piła 2017.

[iii]                  Pierwszych jeńców rosyjskich przywieziono do Schneidemühl 25 sierpnia 1914 r. W kolejnych miesiącach zaczęto zwozić także jeńców z innych państw Ententy, Brytyjczyków, Francuzów, Belgów.

[iv]                  S. Márai, Wyznania patrycjusza, tłum. Teresa Worowska, Warszawa 2005, s. 311

[v]                  W Zielone Świątki 1918 r. Berta Golz szukała w Biblii wskazówki na przyszłe życie wnuczki, z zamkniętymi oczami, metodą „chybił trafił” Piete wybrała ustęp Ewangelii św. Łukasza (Łk 1,76): „…będziesz nazwany prorokiem Najwyższego, albowiem pójdziesz przed Panem przygotować mu drogi…” (Biblia Tysiąclecia, wyd. IV, Poznań 2003)

[vi]                  Thomas Betz Chleb wolności, tłum. A. Grobelna, „Tanzdrama” 2002 nr 3.

[vii]                  Akcenty antymilitarne tańca Claire Waldoff, spowodowały usunięcie jej układu z programu berlińskiej rewii.

[viii]                  Jo Mihaly jest jedną z tancerek, o których opowiada francuski dokument z 1991 r. pt. L’Espace qui crie en moi. Hommage à la danse expressionniste allemande (Przestrzeń, która we mnie płacze. W hołdzie dla niemieckiego tańca ekspresjonistycznego) Petry Weisenburger i Jeana-Louisa Sonzogni.

[ix]                  Pierwowzorem tytułowego Michaela Arpada jest Gregor Gog; zafascynowana nim autorka wystawiła mu w ten sposób literacki pomnik.

[x]                  Dzięki wsparciu krytyka i redaktora Carla Seliga publikowała pod pseudonimami w „Basler Nachrichten”, „Luzerner Neueste Nachrichten”, „Neue Zürcher Zeitung”, „St. Galler Tageblatt”, „Tagesanzeiger Zürch”; pisywała także do emigracyjnego pisma „Über die Grenzen”.

[xi]                  Der Rote Faden (Czerwona nić), premierowy spektakl zespołu (5 X 1934 r.) zawierał pieśni i piosenki Bertolta Brechta, Stefana Fabera, Wolfganga Langhoffa i Alberta Ehrismanna; muzykę napisali m.in. Hanns Eisler i Vicky Halder.

[xii]                  Powieść ukazała się w 1942 r. w Szwajcarii, w 1943 r. w Danii i Szwecji i 1947 r. w Niemczech, kolejne niemieckie wydania ukazywały się pod tytułem Gesucht: Stepan Varescu, wydał ją także w r. 1951 PIW pt. Obrońca brata swego, w tłum. Zofii Petersowej.

[xiii]                  W 1927 r. Leonard Steckel zagrał Psychiatrę w sztuce Tollera Hopla, żyjemy, którą Erwin Piscator zainaugurował działalność berlińskiej Piscator-Bühne przy Nollendorfplatz.

[xiv]                  W Szwajcarii uchodźców obowiązywał zakaz pracy, pod groźbą wydalenia z kraju.

[xv]                  Leonard Steckel zginął 9 lutego 1971 w katastrofie kolejowej, w trakcie tournée artystycznego.

[xvi] Na scenę wracała kilkakrotnie, w Zurychu i Paryżu zatańczyła we wspólnym programie z pieśniarzem Ernstem Buschem, w 1934 i 1935 r. na dużej scenie Volkhaus, w zastępstwie odwołanych występów gościnnych sławnego Aleksandra Moissi, oraz w latach 1937 i 1947 w salach kameralnych.

[xvii]                  Premiera filmu Isy Hesse-Rabinovitch Geister und Gäste odbyła się w roku 1989.

[xviii]                  Fundacja Dom Gerharta-Hauptmanna w Düsseldorfie i Narodowe Muzeum Prus Zachodnich w Münster-Wolbeck we współpracy z wydawcą jej ostatniej powieści, Thomasem B. Schumannem, przygotowały wystawę prezentującą życie, działalność i twórczość Jo Mihaly prezentującą fotografie, dokumenty, korespondencję, rękopisy, wydawnictwa i prace plastyczne ze zbiorów Thomasa B. Schumanna.

[xix]                  W 2011 roku Niklaus Starck we współpracy z córką autorki Anją Ott wydał Jo Mihaly Listy miłosne do Ticino.

[xx]                  Piete Kuhr, There we’ll meet again, a young German girl’s diary of the first world war, transl. W. Wright, London 1998.