Sylwetka | Agata Nowaczyk-Łokaj

 
AGATA NOWACZYK-ŁOKAJ
założycielka i właścicielka firmy oraz marki Warsztaty Agaty, a także miejsca warsztatowego o tej samej nazwie. Z pierwotnego wykształcenia prawniczka (UAM), z pasji trenerka improwizacji tanecznych, po przygotowaniu pedagogicznym i długiej drodze edukacji w kilku dziedzinach zawodowych oraz rozwoju osobistego różnymi metodami warsztatowymi i terapeutycznymi. Pasjonatka stosowania metod ruchowych i tanecznych do pogłębiania samoświadomości, uwalniania energii, budowania relacji z sobą i innymi ludźmi. Autorka wielu scenariuszy zabaw edukacyjnych i rozwojowych. W budowaniu i prowadzeniu zajęć dla dzieci towarzyszy jej perspektywa Dziecka, podejście związane ze swobodą wyboru, wzajemnym szacunkiem i oparciem w relacji Dziecko-Dorosły. Zajęcia buduje i prowadzi z inspiracji wieloma metodami, tworząc z tego autorski program. Prywatnie – rogata dusza, którą stać na wiele, mama Wojtka i Kuby.

ONEPoznań: Jesteś dla mnie ucieleśnieniem powiedzenia, że grzeczne dziewczynki idą do nieba, a niegrzeczne tam gdzie chcą. Prawniczka, przez kilka ładnych lat w korporacjach, która porzuca świat tzw. kariery i pieniędzy żeby z dziećmi turlać się po macie i uderzać z nimi w bębenki. Na zdrowy poznański rozum to się kupy nie trzyma.

Agata Nowaczyk-Łokaj: Trzyma się trzyma, tylko trzeba na to spojrzeć „bez mitu i bez kitu” 😉. Faktycznie, wspomniana przez Ciebie zamiana, wygląda jak swoista „antykariera”, ale tylko pozornie. Mój świat korporacyjny to nie były jakieś specjalnie wysokie stołki i nie wiadomo jakie pieniądze czy szczególnie trudne wyzwania. Korzystałam z talentu, wykształcenia, boomu lat 90., z względnej samodzielności piastowanych stanowisk. Dziś mam wrażenie, że to była pewna siła bezwładności, po prostu się stawało, to nie była dla mnie szczególnie przemyślana ani szczególnie trudna droga. To były po prostu satysfakcjonujące, stosunkowo ciepłe posadki, z atutami w postaci służbowego samochodu, gadżetów, bonusów. Bez wyobrażenia, że to miałoby stać się czymś więcej, czytaj: wspinaczką po korporacyjnych szczeblach. Za to z jedną podstawową dla mnie wadą – sporą zależnością od ludzi, procesów, mechanizmów. Z zatraceniem indywidualności i – jak się z czasem okazało – zaprzeczaniem często swoim naturalnym (w odróżnieniu od nabytych) kompetencjom.

Obecna droga to coś zupełnie innego – w większej mierze to jednak w pełni świadome wybory, i zdecydowanie MOJE wybory. Od pomysłu do powodzenia lub porażki – moje. Kiedyś się tego chyba bałam, teraz już bym nie chciała, żeby było inaczej.

Natomiast zaskakiwać może totalnie różna branża i to, że nie założyłam po prostu biznesu, tylko sama usiadłam z dziećmi na podłodze, skaczę, śpiewam, tarzam się. To wypłynęło z mojego osobistego macierzyństwa, z narodzenia dzieci i odświeżenia własnego dziecka wewnętrznego, z jego rozlicznymi pragnieniami, talentami, radościami. I to jest temat na znacznie dłuższą opowieść.

Wychowywałaś się mając wokół siebie duże grono kochających i wspierających kobiet – matkę, babkę, liczne ciotki, w – jak sama mówisz „domu pełnym pamiątek, szpargałów, szaf nieprzebranych i ogromnego lustra w sypialni, mojej głównej widowni”. Jak ich silnie zaznaczona obecność przełożyła się na Twoje postrzeganie świata jako kobiety? Jakie wyznaczyła Ci w świecie miejsce?

Ach, to było bardzo podwójne – z jednej strony totalna akceptacja i rozpieszczanie, z drugiej jednak brak swoistego treningu „rówieśniczego” – bez rodzeństwa, z niewielką ilością akcji rówieśniczych. To nie zahartowało mnie na późniejsze życie szkolne, w którym nikt się ze mną nie cackał i nie ulegał. Jednocześnie, moje rodzinne kobiety były mocno naznaczone kontekstem kulturowym małego miasteczka, patriarchatem, w nie zawsze szczęśliwych związkach z mężczyznami przekraczającymi ich granice, a jednak „trwające na stanowisku”. Opowiadano mi, że jestem piękną i mądrą królewną, która z pewnością znajdzie swojego królewicza (w domyśle – i to będzie jej największe szczęście). I ja częścią siebie im wierzyłam, a drugą częścią zaprzeczałam intensywnie temu, że kiedykolwiek będę w takim szczęśliwym związku, bo takich nie ma (bo one nie mają). Ten nieuświadomiony dysonans i wiele innych dysfunkcji, przez wiele lat prowadziły mnie, jako kobietę, na manowce, ryły jak kret pod wiarą w siebie, poczuciem wartości, pod wyborami miłosnymi, a nawet funkcjonalnymi (np. tylko raz w życiu nie spędziłam Wigilii z moimi rodzicami, bo przecież „oni maja tylko mnie”; nie poszłam na wymarzone studia, bo mój wszystkowiedzący tato to mocno odradzał i narzeczony ówczesny szedł na studia do Poznania, gdzie nie ma szkoły aktorskiej, a ja przecież MUSZĘ z nim).

Twoja firma, Warsztaty Agaty, oferuje dzieciom i ich rodzicom zajęcia, którym towarzyszy perspektywa Dziecka, podejście związane ze swobodą wyboru, wzajemnym szacunkiem i oparciem w relacji Dziecko-Dorosły. Zapytam przekornie – czy w dzisiejszym świecie dzieci nie potrzebują nieco więcej dyscypliny i kierunkowskazów? Atakowane są tyloma bodźcami na każdym poziomie, że może już na tym najwcześniejszym etapie należy im wyznaczyć pewne granice wyboru?

Otworzyłaś Puszkę Pandory 😉. Już w Twoim pytaniu pojawia się podstawowa trudność, z którą borykam się czasem jako matka oraz często zawodowo – swoiste przeciwstawianie „perspektywy dziecka” i „swobody wyboru” – „dyscyplinie”, „kierunkowskazom” i „granicom”. Może pomijając nieszczęsną ubiegłowieczną „dyscyplinę”, zauważ proszę, że właśnie w perspektywę dziecka wpisana jest m. in. potrzeba uzyskania swoistego kierunkowskazu; znalezienia granic w konkretnej sytuacji lub konkretnej relacji; możliwość wyboru ALE w określonym, adekwatnym do rozwoju dziecka, zakresie. Właśnie spojrzenie na świat, na dany problem, na przestrzeń, na relację „z perspektywy dziecka” oznacza dla mnie mądre przewodnictwo dorosłego, korczakowskie zauważenie w dziecku człowieka z jego wszelkimi cechami – widzenie dziecka, a nie tylko patrzenie na nie. Dzieci czują się bezpiecznie w granicach. Mają oczywiście naturalną, rozwojową potrzebę, by te granice próbować przekraczać. A my jesteśmy od tego, by z nimi to negocjować, elastycznie pracować, czasem powiedzieć betonowe NIE, a czasem ugiąć się nieco. Ale o tym piszą mądrzejsi ludzie, ja jedynie obserwuję to „w praniu” i wiem, że to działa, najczęściej z korzyścią dla wszystkich zaangażowanych w proces. Ale rozumienie tego nie jest dla każdego takie samo – często spotykam opiekunów, którzy „podążanie za dzieckiem” rozumieją jako oddawanie dziecku kontroli nad tym, do czego rozwojowo wcale jeszcze nie dojrzało i co może stanowić dla niego poczucie porażki i chaosu, a zamiast źródła radości i satysfakcji – frustrację. To są kwestie na długie i delikatne rozmowy – trochę może ze mną, ale trochę raczej z psychologami dziecięcymi, fachowcami od rozwoju.

Jakie są dzisiejsze matki? Czym różnią się od naszych matek, które wychowywały nas w latach 70.? Obserwujesz je podczas warsztatów, rozmów i pracy z nimi. Co przekazują maluchom mamy dzisiaj?

Mamy są bardzo różnorodne. Nie podjęłabym się jednego podsumowania. W ogóle, nie jestem dobra w ogólnych wnioskach – przyglądam się każdemu z osobna. Ale jeśli już mam coś zauważyć, to są przede wszystkim bardziej „zewnętrzne”, odważniejsze w pokazywaniu swojej roli z różnych stron. I tej cukierkowej, czasem wyraźnie na pokaz; tej słabszej, szukającej pomocy (choć z tym wciąż u nas najgorzej) i takiej wręcz nihilistycznej dla wielu odbiorców, jakby z memów o tym, że zdecydowanie wyobrażam sobie świat bez dzieci, nawet jak już je mam. I przez to, wszędzie w mediach i w produktach rynkowych jest o matkach i dla matek dużo, są bardzo obecne w świadomości społecznej – kiedyś tak nie było. W tym wszystkim bywają jednak też bardzo zagubione, co wychodzi najczęściej w bardzo delikatnych momentach, lub w rozmowach z innymi matkami. Cieszy mnie rosnąca świadomość mam, szukanie kontaktów z innymi od początku narodzin dziecka, przyjmowanie za naturalny wybór różnych opcji macierzyństwa. Choć z tym przyjmowaniem odmienności bywa różnie – czasem jestem świadkiem intensywnych wymian poglądów pomiędzy np. mamami „bliskościowymi” (czyli związanymi mocno z nurtem Rodzicielstwa Bliskości), a mamami wyznającymi inne poglądy. Osobiście, uważam to za bardzo cenne doświadczenia dla dyskutujących i dla siebie.

Jesteś matką dzieci z in vitro – mówisz o tym publicznie. W obecnej sytuacji polityczno-społecznej Twój głos jest bardzo potrzebny. Czym dla Ciebie było doświadczenie macierzyństwa tuż przed 40-stką?

Odpowiedź będzie banalna – spełnieniem pragnienia nas, jako pary. Bo to właśnie było takie wspólne pragnienie – w oderwaniu od mojego męża to pragnienie nie byłoby może tak silne. Długie życie singla pogodziło mnie niejako psychicznie z innym scenariuszem, więc gdy spotkaliśmy się z Bartkiem, to jego ogromna potrzeba bycia ojcem mocno wpłynęła na moją potrzebę bycia matką. Może to trochę dziwnie brzmi, jakbym nie chciała dzieci – to nie o to chodzi, nie miałam po prostu „drive’u” że MUSZĘ urodzić dziecko, że MUSZĘ je nosić w łonie itp. itd.

Jak się okazało, że pewnie nie będziemy mieć wspólnych biologicznie dzieci i zaproponowano nam inseminację cudzym nasieniem, odmówiłam zdecydowanie. Uznałam, że albo to są nasze wspólne genetycznie dzieci, albo adoptujemy po prostu „cudze” dziecko. Że będziemy w doświadczeniu rodzicielstwa na swój sposób równi wobec dziecka, to mi się wydawało zasadne. Ale los nam sprzyjał i po pewnych trudach, okazało się, że jednak możemy mieć wspólne dzieci, no i je mamy.

Późne macierzyństwo, określane jest często mianem bardziej świadomego, gdy już nie masz na głowie problemów z przetrwaniem czy samostanowieniem, masz edukację i pracę, masz gdzie mieszkać, czym jeździć, masz oszczędności, masz zatem więcej czasu, cierpliwości… u mnie nie do końca tak było. Macierzyństwo okazało się bardzo trudnym doświadczeniem, musiałam szukać pomocy psychologicznej, czułam się totalnie niekompetentna, niewystarczająca. Skoncentrowałam się na dzieciach nie z dobrobytu i świadomego wyboru dojrzałej kobiety, tylko z ucieczki przed rzeczywistością zawodową, z zagonienia w kozi róg. Musiałam się zbudować na nowo. Ale zobacz, jaka ładna z tego wyszłam 😊.

Nie neguję żadnego doświadczenia macierzyństwa, ani wczesnego, ani późnego, wszystko zależy od osobowości, sił witalnych, wcześniejszych doświadczeń, wsparcia. Wiem jedno – w lipcu kończę 48 lat a moi synowie maja 7 i 8 i oczekują, że będę taką mamą jak mamy rówieśników, a ja, chociaż dość żywiołowa – czasem już nie nadążam.

Gdy zaprosiłam Cię do rozmowy napisałaś do mnie: „naprawdę dziwię się, że mam być podmiotem Twojego wywiadu”. Nawet jeśli założymy, że była to kokieteria, bo doskonale wiesz, jak interesujące jest to czym się zajmujesz i droga, która Cię do tego zaprowadziła – mam wrażenie, że mało który mężczyzna pokusiłby się na taki komentarz. Od stu lat przebijamy z powodzeniem szklane sufity, a ciągle nie potrafimy uwierzyć we własną wartość lub tkwimy w konwenansach, które nakazują nam ją umniejszać, zgadzasz się z tym?

Zdecydowanie się zgadzam, już Ci to pisałam i teraz powtórzę: często wydaje się, że podstawowy szklany sufit jest zewnętrzny, kulturowy, że jak popracujemy z ludzką świadomością, z politykami, oprotestujemy patriarchat, pozakładamy siostrzeństwa, to takie sufity rozprysną się w kawałki. Nie neguję tego, bo to się mocno przenika z tym o czym teraz napiszę, ale moje osobiste doświadczenie pokazało mi, że najgorszy i najbardziej pierwotny skalny sufit jest wewnętrzny (lub może uwewnętrzniony), psychologiczny, noszony w sobie od dziecka, stworzony zanim ukończyłam 3 lata i wzmacniany kolejnymi doświadczeniami. I zobacz, nawet jeśli to faktycznie była trochę kokieteria, to jednak napisałam to zacytowane zdanie, pomimo licznych terapii, pomimo świadomości kim jestem, co potrafię i na ile jestem interesująca, pomimo lat cudnych i doświadczeń zaprzeczających takiemu stwierdzeniu. Takie to silne! Takie to zło. I dlatego, przede wszystkim z tymi wewnętrznymi szklanymi sufitami trzeba pracować. I dlatego taka ważna jest dla mnie praca z małymi dziećmi i ich opiekunami.

Kobiety, które Cię inspirują lub inspirowały w Twej życiowej wędrówce to…?

Było ich wiele – pominąwszy te najbliższe, z początku mojego życia, była też energiczna i energetyzująca swoją prezencją i odwagą przyjaciółka mojej mamy. Ponieważ przez wiele dziecięcych i nastoletnich lat chciałam być aktorką charakterystyczną, są na tej liście Krystyna Sienkiewicz, Irena Kwiatkowska, Barbara Kraftówna, Krystyna Feldman. W czasie studiów prawniczych, niezależna i interesująca Prof. Anna Michałowska od prawa międzynarodowego na UAM czy pani Prof. Ewa Łętowska. Potem przyszedł czas na Magdalenę Środę, Agnieszkę Graff, na moje nauczycielki świadomego tańca i świadomego bycia ze sobą, na Liwię i Grażynę, koleżanki w podróżach – nie tylko tanecznych – przez samą siebie i do samej siebie. Aż wreszcie MATKI, matki przeróżne, moje koleżanki, moje klientki, niezwykle inspirujące mnie wciąż osoby. Z pewnością nie jest to lista zamknięta i wyczerpana.

Czego możemy życzyć poznańskim kobietom w stulecie uzyskania przez nasze babki praw wyborczych?

Znów prowokujesz do ogólnych wniosków, a ja najchętniej każdej życzyłabym tego, czego konkretnie jej najbardziej potrzeba.

Z ogólnej perspektywy, życzę samoświadomości – rzetelnej wiedzy na temat swoich zalet i wad, mocnych i słabych stron, pragnień i niechęci. Uczciwego oglądu samej siebie – bo to daje ogromną siłę i wielki oręż do walki o swoje.

Z tego wypływa kolejne życzenie – życzenie poczucia „swojości”. Inaczej, świadomość, że nie jest istotne czy jestem taka czy siaka, wiem, że jestem „swoja”, żyję po swojemu, układam scenariusze po swojemu i po swojemu je spełniam lub burzę. To pozwala oderwać się od mód i trendów, od kulturowych kontekstów, od jednoznacznego przypisania do roli, daje wyzwalające poczucie wolności.

Naturalnie życzę nam także, abyśmy nie musiały walczyć o swoje podstawowe prawa, prawa człowieka, których odmawia nam się już prawie na każdym kroku, w środku Europy w XXI wieku! Lubię spotykać moje liczne znajome na naszych czarnych protestach, ale zdecydowanie bardziej wolałabym pić z nimi wtedy kawę, śmiać się i rozmawiać o życiu.

Dziękujemy za rozmowę.

Rozmawiała Agata Grenda