Sylwetka | Agnieszka Domańska

 
Agnieszka Domańska
 

Projektantka mody, ukończyła Akademię Sztuk Pięknych w Poznaniu (architektura i wzornictwo). Ostatni rok studiów spędziła na stypendium Slippery Rock University w Pennsylwanii w USA, na wydziale multimedialnym. Ukończyła także studia podyplomowe w Wyższej Szkole Bankowej w Poznaniu na kierunku psychologia w zarządzaniu. Jako projektantka związana z markami: Carry, Solar (manager zespołu projektowego), Danhen (główna projektantka kolekcji damskiej), Salko.

ONE POZNAŃ: Po co nam, kobietom, moda? Zdaję sobie sprawę, że pytanie to może wydać się niemądre, ale czasami myślę, że moda, zamiast dodawać nam skrzydeł, ogranicza nas, nakazuje, mówi co w tym sezonie należy nosić itd. I jeszcze każe sobie za to słono płacić.

Agnieszka Domańska: Moda ma nam służyć. Ma nas cieszyć. Wierzę w modę, która służy, a nie zniewala. Traktuję ją jako środek osobistego, twórczego wyrazu. Bardzo lubię gdy moda dodaje uroku, kobiecości. Lubię gdy to co noszę jest inspiracją dla innych. Nie jestem niewolnikiem trendów, swoje klientki zachęcam do poszukiwania swojego stylu. Towarzyszę im w tej drodze. Takiego stylu, który odzwierciedla ich dusze, który zostaje z nimi na lata, ewoluuje wraz z nimi. Uczę je bawić się modą.

 

Dlaczego porzuciłaś pracę w korporacji odzieżowej? To chyba przyjemne dla projektantki uczucie widzieć na ulicy kobiety ubrane w Twoje projekty.

Z pędzącego parowozu pracy w korporacji, na wysokim stanowisku, pracy na wczoraj i w szybkim tempie, z latania po całym świecie z targów na targi, w poszukiwaniu trendów mody, wypadłam jednego dnia, po 10 latach takiej pracy, wprost w ramiona macierzyństwa. No i zaczęła się moja wewnętrzna przemiana i poszukiwanie kobiecości.

W branży modowej było za mało kobiecości?

Nie mogę powiedzieć, że nie lubiłam takiego szybkiego życia i ciągłego podróżowania. Z dzisiejszej perspektywy jednak widzę, że niewiele było w tym miejsca na cokolwiek innego niż praca, praca, praca. Wraz z macierzyństwem zaczęłam poszukiwać wewnętrznego uspokojenia, zadowolenia, zatrzymania. To mam na myśli mówiąc, że zaczęłam szukać swojej kobiecości. Zaczęłam interesować się moją kobiecą mocą, która będzie służyła mnie i mojej rodzinie. I ta moc, jak się okazało, ma niewiele wspólnego z pracą w korporacji, czy pracą na wysokim stanowisku.

Rozumiem, że mówisz o własnym doświadczeniu, choć ja wierzę, że kobieca moc może realizować się i w macierzyństwie i na wysokim stanowisku. Osobiście żałuję, że nie tak często realizuje się w tym ostatnim.

Tak, to prawda, mogę mówić tylko o swoim doświadczeniu. W chwili obecnej przy dwójce małych dzieci nie znajduję w sobie przestrzeni na prace na wysokim stanowisku, związaną z całym etatem, podróżami. I dużą odpowiedzialnością. Gdyby tak było, odbywałoby się to ich kosztem. Posiadanie i wychowywanie dzieci, jest już samo w sobie wymagającym i kreatywnym etatem. Myślę również, że na wszystko jest czas i przestrzeń. Gdy dzieci podrosną i trochę się usamodzielnią, zrobi się ponownie w moim życiu więcej miejsca na moje osobiste działanie i kreacje.  


Z tym brakiem Twoich działań i kreacji chyba nieco przesadzasz, bo przecież już jako matka wymyśliłaś swoją własną markę!

Kiedy urodziłam drugie dziecko, córkę Polę, utonęłam w jej dziewczęcej słodyczy i wiedziałam już, że szykuje się w moim życiu większa zmiana. Narodziny syna i pierwsze macierzyństwo wybiły mnie z ogromu pracy, który na siebie brałam, ale to nie było jeszcze to, nadal byłam w sporym biegu z dużą odpowiedzialnością na głowie. Chociaż wtedy już zakiełkowało we mnie inne życie – domowe, rodzinne, spokojniejsze, bez ciągłych wyjazdów, napięcia, biegu. A po narodzinach córki rozmyślałam już bardzo konkretnie co zrobić, aby móc jak najdłużej cieszyć się tym stanem. Jak pogodzić role matki i projektantki, by dawały mi satysfakcję.

I na jakie wpadłaś pomysły?

Po narodzinach córki postanowiłam skupić się jeszcze bardziej na sobie i na tym czego ja chcę i potrzebuję, by tworzyć szczęśliwą siebie i szczęśliwą rodzinę. Zmieniłam pracę i zrezygnowałam z wysokiego stanowiska i pracy na całym etacie, by mieć więcej czasu dla rodziny. To był proces, ta zmiana we mnie nie wydarzyła się od razu, tylko krok po kroku.  Szukam dalej emocjonalnego spokoju, dobrostanu, radości i spełnienia jako kobieta, matka, lubiąca kreatywne życie i działanie. A właściwie tak naprawdę to szukałam w sobie po prostu tej kobiecości. Po narodzinach syna zaprojektowałam sama dla siebie logo “Ahappywoman”, będąc przekonaną, że będzie ono sygnowało w przyszłości moja markę odzieżowa. Być może tak będzie, sama jeszcze nie wiem. Szybko jednak okazało się, że sygnuję tym logo wszelkie działania, które mnie samej dają szczęście. To dla mnie nowa przestrzeń, która bardzo chce się usamodzielnić, jeszcze nie całkiem dookreślona, zmienna, bywa wystraszona, kapryśna, ale zarazem intuicyjna i kobieca.

Macierzyństwo wyzwoliło w Tobie nieznany dotąd rodzaj twórczej kreacji.

Mogłabym spokojnie powiedzieć, że narodziny moich dzieci stały się dużym punktem zwrotnym w moim życiu.  Od tego co na zewnątrz, do tego co wewnątrz mnie – jako kobiety, rodzicielki, matki. Macierzyństwo stało się początkiem szukania i odkrywania tego co kobiece, a co męskie. Tego co miękkie, delikatne, łagodne, powolne, słodkie, lekkie, pastelowe, rodzinne. W moim życiu np. pojawił się kolor różowy (śmiech). Zaczęłam sprawdzać co służy kobiecemu, a co męskiemu pierwiastkowi. Co służy rodzinie.


A co służy rodzinie?

Macierzyństwo to służba, ogrom energii płynie ze mnie do dzieci, ale ja również chciałam się zajmować sobą, swoimi pasjami, chciałam być dla siebie ważna. Nie chciałam się tylko poświęcać dzieciom, ale znaleźć taki sposób bym mogła się też realizować. Bardzo pomogło mi takie zdanie, pewnie znane wielu matkom, że szczęśliwa matka to szczęśliwe dziecko, tak więc uczyłam się własnego szczęścia, by móc je przekazać dalej. Mogę spokojnie powiedzieć, że ten proces trwa. I być może będzie trwał jeszcze długo, ale ta droga stała się celem. Odkrywanie tego co służy mojemu kobiecemu szczęściu. Kobiecości, która służy rodzinie, którą tworzę z moim partnerem, ale która nie stoi w opozycji do samorealizacji.

 

 

Zaraz moment, pamiętam Cię jako silną, niezależną kobietę, która osiągnęła bardzo wiele w świecie projektantek i projektantów mody, która przecież kreowała trendy, była ważnym graczem. Jeżeli więc, wraz z macierzyństwem, odnalazłaś swoją kobiecość i opisujesz ją słowami stereotypowo przypisanymi uległej kobiecie, dodając do tego kolor różowy, to muszę Cię zapytać – gdzie podziała się Angieszka, którą znam?! (śmiech). Jako feministka uważam, że każda kobieta ma prawo odnajdywać swoje szczęście we wszystkich możliwych aspektach, zazwyczaj jednak słyszałam historie kobiet, którym całe życie towarzyszyło “miękkie, delikatne, łagodne, powolne, słodkie, lekkie, pastelowe, rodzinne” – tak przecież wychowuje się dziewczynki i dopiero gdy pozwoliły sobie na odnalezienie swojej wewnętrznej siły, mocy, wewnętrznego krzyku niezgody na wiele spraw – poczuły się wolne. Twoja historia jest odwrotnością tych przypadków.

Być może jest coś w tym, że złagodniałam. W moim życiu na pewno pojawiło się więcej słabości i zależności. Pozwoliłam sobie pracować dużo mniej. Moją siłę staram się przekształcić w moc. W sile, jest zbyt wiele ciężaru i walki. A prawdziwa kobieta, którą chciałabym być, używa mocy. Kobieca moc płynie z serca. To ona tak naprawdę służy rodzinie, ta miłość.

Wierzysz, że my kobiety przekazujemy sobie z pokolenia na pokolenie jakiś specjalny rodzaj energii? Że nosimy w sobie traumy oraz pozytywne doświadczenia naszych prababć? Że tkwimy w kobiecej nieświadomości zbiorowej?

Agnieszka Domańska: Tak, wierzę, że energie przekazywane są z pokolenia na pokolenie. Nie tylko te trudne i ciężkie energie wędrują z nami, pasje również.  Moją miłość do mody dostałam od moich obu babć. W naszym domu do dzisiaj  stoją dwie stare maszyny do szycia, jedna należała do babci Heleny, a druga do babci Ireny. Jestem ich dumną posiadaczką, a nawet użytkowniczką. Na jednej z nich szyłam jako 14-latka ubranka dla lalek, a potem dla siebie. W końcu dostałam profesjonalną maszynę do szycia od mojej mamy.

Gdy rozmawiałyśmy przed wywiadem, powiedziałaś, że interesujesz się tak zwaną terapią hellingerowską. Mam do niej bardzo ambiwalentny stosunek, widzę w niej wiele manipulacji, ciekawa jestem dlaczego ta metoda była dla Ciebie ważna w rozwoju osobistym.

Od studiów na Akademii Sztuk Pięknych interesowałam się psychologią, skończyłam miękki kierunek podyplomówki w Wyższej Szkole Bankowej – psychologię w zarządzaniu. Czytałam mnóstwo książek z dziedziny psychologii, ale dopiero gdy odkryłam metodę Berta Hellingera poczułam, że to jest właściwe dla mnie. Takie spojrzenie na siebie przez pryzmat swoich korzeni dodało mi skrzydeł. Ta metoda jest po prostu bliska mojemu sercu, mojemu odczuwaniu i pojmowaniu świata. Nauczyłam się dzięki niej szerszego patrzenia na rodzinę pochodzeniową, jak i moją obecną rodzinę, patrzenia z miłością na wszystkich i wszystko, co do niej przynależy. Dzięki niej uporządkowałam wiele wewnętrznych konfliktów. Tam znalazłam odpowiedzi na pytania, które nurtowały – jak się okazało – moją duszę. Na warsztatach poszerzyłam swoją świadomość o energiach, które płyną w mojej rodzinie pochodzeniowej, a tym samym o tych, które płyną w mojej obecnej rodzinie, którą sama tworzę. Bardzo pomogło mi to zrozumieć siebie. Taka świadomość uwalnia i oczyszcza.

Zgłębiłaś i zrozumiałaś historie kobiet w Twojej rodzinie?

Po prostu uporzadkowałam moją rolę w rodzie. Szukałam swoich korzeni i mocy płynącej z tych rodowych korzeni. Ten Hellingerowski nurt reprezentuje w Polsce między innymi Anna Choinska, ktorą uważam, za swojego ogromnego mentora. Anna jest też założycielką Instytutu na rzecz Pojednania w Rodzinie, wedlug Iriny Prekop. Ania jest dla mnie ogromną kobiecą inspiracją.

Poszukiwanie kobiecości jest zatem lejtmotywem tego wywiadu.

Zdecydowanie tak (śmiech). W chwili obecnej pracuję nad własnym rozwojem osobistym różnymi metodami, z bardzo wieloma kobietami. Na mojej drodze spotkalam mnóstwo cudownych uzdrowicielek z różnych stron swiata, zajmujących się uzdrawianiem według bardzo, bardzo różnych metod i teorii. Te kobiety wspierały mnie w tych zmianach. Jestem im wszystkim bardzo wdzieczna.

Siła kobiet!

Tak, bo kobieta-matka ma tego czasu na tyle mało, że potrzebuje wsparcia innych kobiet, by dobrze i radośnie dla siebie samej nim gospodarować.  To kobiety wspierały i inspirowały mnie do działania i poszukiwania własnej przestrzeni osobistego szczęścia. Wraz z moją mamą na czele, która na co dzień pomaga mi bardzo ogarniać rzeczywistość. W tej chwili ćwiczę jogę, najchętniej w lesie, medytuję, jeżdżę rodzinnie na rowerze. Pływam. Staram się utrzymać dobrą kondycję ciała i ducha, ale mając na uwadze czystą radość płynącą z ruchu, nic raczej wyczynowego. Dużą radość daje mi to, co rodzinne, to co robimy wspólnie razem. Być może sama kiedyś będę uzdrowicielem, a marka “Ahappywoman” będzie służyła innym kobietom w osiąganiu ich osobistego szczęścia przez różne formy samorozwoju.

Przecież zaczęłaś już pomagać innym kobietom, sama nie mogę się doczekać by wziąć udział w Twoich warsztatach, podczas których pomagasz dobrać barwy do każdej z uczestniczek. Czy kolory są dla nas naprawdę tak ważne? Przecież w czarnym każda wygląda dobrze!

W czarnym tak naprawdę niewiele osób wygląda dobrze! W czarnym lubimy się chować lub kreować. Czarny jest niebrudny, praktyczny, ale tak naprawdę jest brakiem koloru i brakiem światła. Kolor jest bardzo ważny, bo to właśnie kolorem możemy komunikować się z innymi i wyrażać siebie. Kolorem można np. złagodzić wizerunek lub go wzmocnić. Odpowiednie kolory wydobywają z nas nasze naturalne kobiece piękno, podczas gdy te niewłaściwe powodują, że wyglądamy chorobliwie lub po prostu źle. Kolory są czystą energią, tak więc posiadają w sobie moc zmiany. Podczas moich autorskich warsztatów zatytułowanych “Kolory, które czynią mnie piękną” odkrywam przed kobietami magię  i działanie kolorów, które im służą. Kolor ma moc, która może doskonale dla nas pracować.

  

Czyli “Ahappywoman” ma na celu nie tylko ubrać, ale i uszczęśliwić kobiety!

Tak, bo tworzę dla nich spersonalizowaną, pod osobiste potrzeby, garderobę, wizerunek i styl. Od wielu lat zajmuję się projektowaniem ubrań i ich stylizowaniem. Kocham modę, uwielbiam gdy jest radosna i lekka. Gdy służy, a nie zniewala. Z połączenia mody i psychologii, mojej pasji, powstała „Ahappywoman”, która pomaga innym kobietom odnaleźć swój styl ubierania się. Pomagam im odkrywać atuty swojej urody, figury i kobiecości. Lubię gdy promienieją swoim naturalnym pięknem, a ich styl ubierania wspiera ich pewność siebie, zadowolenie i poczucie szczęścia.

Jakie barwy znajdziemy w Twojej szafie?

Kiedyś moja garderoba była pełna czerni, w tej chwili jest jej o jakieś 80-90% mniej. Jest dodatkiem, a nie podstawą. Za to pojawiło się u mnie mnóstwo bieli oraz kolory. Jestem minimalistką i nie mogę powiedzieć, że mam szafę pełną kolorów. Ale spokojnie mogę powiedzieć, ze są w niej barwy, które mają dla mnie znaczenie i które służą wydobyciu mojego naturalnego piękna, a są nimi biel, wszelkie odcienie niebieskiego – od błękitu, przez kobalty, royale, do granatów. A od narodzin córki – jak już mówiłam – pojawił się w mojej szafie różowy.

A jak określiłabyś swój własny styl?

Ubieranie, strojenie się i stylizowanie to jedna z moich ulubionych form przejawiania się w świecie od dziecka. Poprzez styl wyrażam siebie. Lubię być artystycznie widoczna i dobrze się czuć w swoim ubraniu. Lubię być kobietą i lubię gdy ubranie dodaje mojej kobiecości. Mój styl ubierania się zmieniał się na przestrzeni wielu lat, tak jak zmieniałam się ja, mój styl życia, moje potrzeby, moja świadomość siebie i świadomość swojej kobiecości. Moja garderoba przeszła wiele metamorfoz i burz. Wiem, ze mój styl to twórcza droga pełna poszukiwania piękna we mnie samej, miłości do samej siebie, zadowolenia i akceptacji samej siebie taką, jaką jestem.

Jesteś feministką?

Nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Przede wszystkim czuję się kobietą. Kocham mężczyzn i kocham kobiety i każde z nich ma swoją rolę do spełnienia, wynikającą z warunków psycho-fizycznych. I to jest naturalne dla mnie. Jeśli ktoś nie godzi się z tym, to też dobrze. Ma do tego prawo. Kobieta, którą chciałabym być to kobieta łagodna, kochająca, wspierająca, mądra, piękna, zabawna, bo to takie naturalne. A wtedy faceci rzucają im świat do stóp.

Sufrażystki, które sto lat temu zakładały spodnie wcale nie były łagodne. Były wyśmiewanymi dziwadłami. Dzisiaj moda pozwala na dosłownie wszystko. Lub może pozornie na wszystko. Ruch body positive jest według mnie takim niechcianym dzieckiem świata mody. Świata, w którym kobieta ma być przede wszystkim chuda i seksualna.

Osobiście kocham sukienki, spódnice, tuniki. W nich wyraża się najbardziej moja kobiecość. Noszę również spodnie, ale uwielbiam do nich zakładać szerokie, krótkie sukienki lub tuniki, to chyba jest bardzo charakterystyczne dla mojego stylu. Kocham kobiety, które są zadowolone z siebie, które lubią siebie takimi jakie są, świadome swojego wewnętrznego piękna, niezależnie od rozmiaru. Lubię kobiety naturalne. I kobiece.

Gdzie jesteśmy jako kobiety w stulecie uzyskania naszych praw wyborczych?

Powiem Ci o sobie i swoim doświadczeniu, choć wiem, że reprezentuję więcej takich kobiet. Myślę, że czas od narodzin dzieci był to jednym z najbardziej kobiecych, ale i burzliwych okresów w moim życiu. Czas, w którym porządkowałam swoją rolę w rodzinie i rodzie. Kiedyś kobiety miały znacznie mniej wolności, lub wcale. Ale często jest też tak, że wpadamy ze skrajności w skrajność. Mam wrażenie, że dostając wolność kobiety zachłysnęły się nią, próbując dorównać facetom. Dźwigamy za dużo i bardzo często wchodzimy w role męskie. Jesteśmy jak siłaczki, biegnąc z etatu na etat. Udowadniamy, że możemy, że jesteśmy dość dobre albo nawet lepsze od facetów, bardzo często dzieje się tak nawet zupełnie nieświadomie. I ok, tylko nie możemy mieć potem pretensji, że mężczyźni są tacy słabi i zagubieni. Myślę bowiem, że nie tylko kobiety, ale i mężczyźni są obecnie pogubieni w swoich rolach. W tym jakie role im służą, jakie sprawiają, że ich potencjały mogą kwitnąć i służyć sobie nawzajem.

Jaką masz radę, jako projektantka mody, dla kobiet, które nie wierzą w siebie, czują się za grube, za chude, za brzydkie, ze niskie, zbyt płaskie lub po prostu nieatrakcyjne – jakkolwiek niesłuszne byłyby to opinie?

Zapraszam je do współpracy ze mną, na warsztaty. Pokażę im modę, która służy, a nie zniewala. Odkrywanie siebie i budowanie swojego wizerunku przy pomocy mody to proces poznawania swoich atutow i slabszych stron. Tak naprawdę to poszerzanie swojej wlasnej świadomosci. I jest to droga. Droga, która prowadzi rownież do zadowolenia ze swojej kobiecości.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Agata Grenda