Sylwetka | BEATA STRZYŻOWSKA

 
BEATA STRZYŻOWSKA
Absolwentka prawa na Uniwersytetcie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Działalność prawniczą prowadzi od ponad 20 lat. Mówi o sobie:
„W wąskiej specjalizacji jaką jest prawo bankowe, finanse i zabezpieczenia jestem rozpoznawalna na polskim rynku. Dotychczas działałam w innej formule – przez 15 lat pracowałam w sieciowych kancelariach w Poznaniu, Warszawie i Londynie, później byłam dyrektorem departamentu prawnego w dużym banku komercyjnym. Teraz chciałabym rozpocząć nowy rozdział i prowadzić własną kancelarię, w której w oparciu o zespół znakomitych prawników, mogłabym skupić się również na innych dziedzinach prawa.
Chcę postawić z jednej strony na duże korporacje i duży biznes, w stosunku do których moim atutem niewątpliwie będzie rozległa znajomość prawa handlowego i cywilnego, i które będą mogły mi zaufać właśnie z uwagi na długoletnie doświadczenie na tym polu. Z drugiej strony ostatnie 4 lata macierzyństwa i bliskie kontakty z innymi rodzicami dały mi bogate doświadczenie w prawie rodzinnym, a także pozwoliły na rozwinięcie praktyki w rozwiązywaniu konfliktów między małżonkami i regulowaniu spraw spadkowych, który to zakres interesować będzie bardziej klienta indywidualnego.”

www.strzyżowska.com

ONEPoznań: Gdy zaprosiłam Cię do wywiadu powiedziałaś: ale pamiętaj, ja mam problem z feministkami! Na czym on miałby polegać? Przecież pomagasz kobietom, walczysz o ich prawa, także w sądzie, jesteś pracującą matką…

Beata Strzyżowska: Uwielbiam być kobietą, jednak nie lubię udowadniania wyższości kobiet nad mężczyznami na siłę i konfrontacyjnego wywyższania ich praw. Nie podoba mi się logarytmiczne wprowadzanie sztucznych parytetów….

Poczekaj, konfrontacyjnego wywyższania praw kobiet? Przez całe wieki połowa ludzkości była pod opresyjnym panowaniem drugiej połowy i mimo, że na świecie jest nieco więcej kobiet niż mężczyzn, to ci ostatni piastują większość stanowisk związanych z władzą i prestiżem. Jeśli dzisiaj kobiety uważają, że nawoływanie do  elementarnych praw jest udowadnianiem swojej wyższości, to pomyśl co musiały czuć nasze babki, które po raz pierwszy założyły spodnie, poszły na uniwersytet, miały czelność chcieć głosować… Czy naprawdę nie uważasz, że mamy troszkę krzywd do wyrównania i że czas bycia miłą nareszcie się skończył? I nie mam tu na myśli bycia z założenia i dosłownie niemiłą. Myślę o byciu stanowczą w domaganiu się swoich podstawowych praw.

Uważam, że kobieta jest takim samym wspaniałym człowiekiem jak mężczyzna i powinna mieć dostęp do tych samych praw czy zobowiązań, jednak z wiekiem robię się chyba coraz bardziej tradycjonalna i zauważam, że pełnienie określonych ról, piastowanie pewnych stanowisk lub zwyczajnie wykonywanie niektórych obowiązków może być mniej lub bardziej zgodne z naturą kobiety czy mężczyzny (z zastrzeżeniem licznych wyjątków oczywiście).
Walka o równouprawnienie tak naprawdę w wielu przypadkach dorobiła tylko dodatkowy garb kobietom na grzbiecie. My z natury jesteśmy pracowite, częściej bardziej zorganizowane, potrafimy myśleć i działać wielowątkowo i w większości przypadków nie stanowi dla nas problemu godzenie obowiązków rodzinnych z pracą.

Pozwól, że zacytuję Chimamndę Ngozi Adichie i jej „Wszyscy powinniśmy być feministami”: Mówiłam kiedyś o płci kulturowej i pewien mężczyzna mnie zapytał: dlaczego to musisz być ty jako kobieta? Dlaczego nie ty jako człowiek? Takie pytanie to sposób na uciszenie konkretnych doświadczeń danej osoby. Oczywiście, że jestem człowiekiem, ale pewne rzeczy przytrafiają mi się dlatego, że jestem kobietą. Nawiasem mówiąc, ten sam mężczyzna często opowiadał o swoich doświadczeniach jako czarnoskórego. (Na co zapewne powinnam zareagować pytaniem: Dlaczego to musisz być ty jako czarnoskóry? Dlaczego nie ty jako mężczyzna albo człowiek?

Uważam, że skuteczniejsze od walki na semantykę jest po prostu pokazywanie, że jest się w czymś dobrym. Jeżeli kobieta uważa, że nadaje się i powinna brać udział w działalności, która konwencjonalnie (Ty pewnie nazwiesz to: stereotypowo) jest przypisana mężczyznom, niech to robi – powinna mieć takie prawo i możliwość. Jednak uważam, że niejako odgórne zapewnianie takich miejsc dla kobiet (celem nie zapewnienia, lecz zapełnienia miejsca) pokazuje tylko naszą słabość, trochę tak jak niegdysiejsze punkty na studia za pochodzenie wiejskie.

Ty sama jesteś bardzo aktywnie działającą radczynią prawną…

Przede wszystkim, wybacz, ale nie znoszę tej dziwnej nowomowy dotyczącej stanowisk i tytułów typu architektka (tfu, tego się nawet nie da wymówić!) czy inna ministra. Sama jestem prawnikiem i gdy ktoś mnie „wyzywa” od radczyni prawnej wywołuje to tylko uśmiech na mojej twarzy.
Zawsze byłam bardzo aktywna zawodowo, bycie radcą prawnym sprawia mi wielką satysfakcję. Swoje życie, w tym zawodowe, dzielę jednak na to sprzed czasu dzieci i obecne. Kiedyś byłam prawnikiem korporacyjnym, pracowałam w dużych kancelariach, później zarządzałam bankowym departamentem prawnym. Życie było bardzo szybkie i bardzo egoistyczne. Kiedy przyszedł czas na dzieci zrozumiałam, ze zdobyta wiedza i kapitał mogę przekuć w coś innego. Założenie rodziny i przerwa w aktywnej pracy związana z narodzinami i wychowywaniem trójki „szarańczy” zmieniła moje wartości, dała mi też inną perspektywę na wykonywanie zawodu. Nie chcę już pracować „na etacie”. Założyłam własną kancelarię by moc pracować w sposób wolny (co nie oznacza powolny) i dokonywać świadomych wyborów w tym komu i dlaczego pomagam.

Jaka jest ta inna perspektywa?

Przede wszystkim nauczyłam się szanować czas. Wstaje bardzo wcześnie i zaczynam pracę od samego rana, po to by móc zdążyć odebrać starszaki z przedszkola i spędzić z nimi popołudnia i wieczór.

Masz trójkę dzieci – wszystkie małe! Moja teoria jest taka, że w ogóle pewnie ich nie widujesz, a w wychowaniu pomaga sztab babć.

Zarówno moja mama jak i mama męża to piękne i zdrowe kobiety, lecz obie w wieku 65+, mamy więc w domu do pomocy nianię i to nie jedną. Jednak muszę dodać, że w wychowaniu dzieci i zajmowaniu się domem również bardzo wspiera mnie mąż!
Nieobecność w tygodniu staram się rekompensować dzieciom częstymi wyjazdami wakacyjnymi. Robię wszystko by choć raz w miesiącu wyskoczyć z nimi przynajmniej na parę dni w bliższą lub dalszą podróż. Jak mawiał mój ulubiony reporter Ryszard Kapuściński, istnieje coś takiego jak zarażenie podróżą i jest to rodzaj choroby, w gruncie rzeczy nieuleczalnej… Mam nadzieję, że dzieci moje już tego bakcyla złapały.

Z doświadczenia zawodowego oczywiście wiem, że zdarza się, iż ten nadmiar obowiązków potrafi niejedną matkę przerosnąć. Czasem jedna z nich zapyta: kiedyś kobiety zamiast pracować zawodowo całymi dniami i udowadniać, że są we wszystkim tak samo dobre jak mężczyźni, zajmowały się „tylko” domem i komu to przeszkadzało… ?

Może tym, które nie miały ochoty już być wtłoczone w rolę osoby, która zajmuje się tylko domem, a chciały np. się nim nie zajmować? Albo iść do pracy? A nie miały w ogóle takiej opcji w społeczności w której żyły? A gdy to już się udało, postanowiły nie zgadzać się, że wszystko będzie nadal na ich głowie, a dodatkowo w pracy mają zarabiać 3/4 tego mężczyźni na podobnych stanowiskach?

Tak, masz rację, gdyby nie sufrażystki, gdyby nie te kobiety, dzięki którym obecny nasz status, prawa wyborcze, dostęp do stanowisk jest tak oczywisty, nie mogłabym mówić tak pewnie i lekko o możliwościach wyboru: zostać w domu czy realizować się zawodowo. Po prostu część kobiet zwyczajnie stawia na totalne zajmowanie się rodziną (po to, by przysłowiowo dzieci z kluczykiem na szyi po ulicy biegać nie musiały). Jednak już tego robić nie mogą, bo inne kobiety pracują i jednocześnie sprawnie ogarniają dom – zmieniła się kwalifikacja powinności…

Przez kilka lat byłaś Dyrektorką Departamentu Prawnego w Banku Pocztowym SA. Czy w tej pracy doświadczyłaś jakichkolwiek szklanych sufitów związanych z Twoją płcią?

Wyobraź sobie, że absolutnie nie! Miałam to szczęście, iż w owym czasie Prezesem Zarządu Banku Pocztowego i moim bezpośrednim przełożonym był Tomasz Bogus, doskonały zresztą menadżer, który w pionie Banku, za jaki był osobiście odpowiedzialny, do kadry zarządzającej wybierał w zasadzie wyłącznie kobiety. Nie było tajemnicą, że doceniał w płci pięknej właśnie pracowitość, odpowiedzialność i zaangażowanie i to bardzo procentowało!

Za Tobą błyskotliwa prawnicza kariera w Warszawie. W pewnym momencie przerwałaś ją by zamieszkać w podpoznańskim Kiekrzu, urodzić trójkę dzieci i na kilka lat oddać się macierzyństwu. Pierwsze pytanie: dlaczego, drugie: warto było?

Poznałam mężczyznę mojego życia i wyszłam za niego. To on namówił mnie do powrotu w rodzinne strony. To była najlepsza z możliwych decyzji. W Kiekrzu jest trochę tak, jak w powieściach Czechowa: słońce wolno zachodzi za horyzontem. Wspaniale się tu mieszka, dzieci mogą beztrosko korzystać z uroków wsi i jeziora, a jednocześnie do centrum Poznania, gdzie mam kancelarię, jest niespełna 15 km. Czy może być lepiej?

Obchodzimy właśnie stulecie uzyskania przez kobiety praw wyborczych. Czym różnią się matki obecne od tych sprzed 100 lat?

Te matki które znam, są teraz na pewno bardziej świadome i wyedukowane. Najczęściej mają wybór nad sposobem przeżywania macierzyństwa i wychowywania dzieci. Niestety – przez owo równouprawnienie – są też bardziej zapracowane i zagonione. Cała sztuka, by się w tym macierzyństwie nie zagubić. Naprawdę tak jest, że szczęśliwa mama to szczęśliwe dziecko. Na końcu dnia matka to przecież przede wszystkim kobieta, nie dajmy jej o tym zapomnieć.

Jako prawniczka spotykasz na swojej zawodowej drodze matki. Z jakimi problemami zgłaszają się do Ciebie?

Oprócz spraw bankowych, w tym frankowych, w kancelarii zajmuję się właśnie sprawami rodzinnymi. Długi okres macierzyństwa spowodował, że naturalną koleją rzeczy zaczęłam zauważać wokół siebie problemy rodzin, dzieci, małżeństw. Wkrótce zaczęłam się w tych sprawach specjalizować. Wspieram matki w sprawach związanych z wykonywaniem władzy rodzicielskiej czy regulowaniem kontaktów z dziećmi, a także egzekwowaniem alimentów, których druga strona dobrowolnie niestety na własne dziecko nie chce płacić. Pomagam też w przechodzeniu trudnej drogi rozwodu.
Muszę jednak zaznaczyć, iż coraz częściej zdarza mi się również reprezentować ojców w sporach z kobietami, które – śmiem twierdzić, iż nakręcone hiper-feministyczną akcją – trochę się w swoich maminych uprawnieniach pogubiły…

Czyli uważasz, że walka o równe prawa w edukacji, pracy, w domu, walka z dyskryminacją ze względu na płeć, której codziennie doświadczają miliony kobiet na całym świecie jest hiper-feministyczną akcją?

Powyższy przykład dotyczył raczej tzw. matek właścicielek, którym się wydaje, że wiedzą wszystko o swoich dzieciach i mogą decydować za nie o ich prawach do rodziny, w tym do ojca, a racjonalizują to właśnie jakimś meta-prawem matek, również kobiet. Cały czas podkreślam, że prawa kobiet i mężczyzn, prawa matek i ojców powinny być równe. I w tym sensie całkowicie popieram walkę o równouprawnienie.

Działasz w lokalnej społeczności, na FB prowadzisz grupę dla kierskich mam, udzielasz darmowych porad prawnych…

Staram się lokalnie wspierać matki. Na FB w grupie „Mama made in Kiekrz” wzajemnie sobie pomagamy i czerpiemy od siebie inspiracje. Ma to przyłożenie na realne “życie”, które staje się przez to lokalnie łatwiejsze i przyjemniejsze.
Tak jak wspomniałam, mój powrót do aktywności zawodowej ma w tej chwili inny wymiar. Wiedzę, doświadczenie i kapitał uzyskany we wcześniejszej pracy w korporacjach staram się teraz niejako oddać osobom najbardziej potrzebującym. Stąd punkt Nieodpłatnej Pomocy Prawnej, który prowadzę na ul. Matejki 50 w Poznaniu. Uwierz mi, gdybym nie miała poczucia misji w tym co robię, na pewno nie wstawałabym w każdą środę i czwartek o 5.30 po to, by po porannym „ogarnięciu” domu i dzieci jechać na 7.00 do centrum Poznania i udzielać porad prawnych pro bono. Mam satysfakcję z tego, że pomagam ludziom, którym nikt inny by nie pomógł. Wspieram zarówno frankowiczów uwikłanych w nieważne umowy, jak i pokrzywdzonych przez zakłady pracy pracowników, czy też osoby zagubione w małżeństwie albo nie radzące sobie z partnerem lub dziećmi, których zwyczajnie nie stać na radcę prawnego z wyboru.

Ilu znasz mężczyzn prawników, którzy podobnie działają?

Co do mężczyzn prawników, w zespole mojej kancelarii na siedem osób jest pięć kobiet, w tym dwie matki. Obiecuję Ci, że – tak jak wyżej wspomniałam – wybór kobiet w procesie rekrutacji nie opierał się na ustanawianiu parytetów, nie było też moim celem tworzenie „damskiej” kancelarii. Podczas rozmowy kwalifikacyjnej one intuicyjnie wydawały mi się po prostu lepsze na tle pozostałych kandydatów. I są świetne! (choć panowie współpracujący również).

Pytałam o tę dodatkową działalność charytatywną, o zaangażowanie i pomoc wykluczonym i dyskryminowanym…

Tu znowu wrócę do natury kobiet, rzeczywiście zauważam, że piękniejsza płeć ma w sobie więcej tego szczególnego rodzaju empatii, chęci dzielenia się własnym kapitałem i doświadczeniem. Szczególnie jako matki jesteśmy bardziej przyzwyczajone do codziennego świadczenia nieodpłatnej obsługi… Oczywiście znam prawników mężczyzn udzielających się pro bono. Kobietom może jednak przychodzi to łatwiej? Pozwolę sobie jeszcze tylko dodać od siebie, iż w przyszłym tygodniu zaczynam nowy rozdział w życiu kancelarii. Wraz z całym zespołem przeprowadzamy się do nowej, większej lokalizacji przy Niegolewskich 12/7 w Poznaniu i mam nadzieję, że tam sprostamy kolejnym wyzwaniom. Trzymaj proszę za nas kciuki!

Dziękuję za rozmowę

Rozmawiała Agata Grenda