Sylwetka | Joanna Jaśkowiak

 
JOANNA JAŚKOWIAK

urodzona 6 listopada 1965 roku w Poznaniu, w którym mieszka od blisko 35 lat. Ukończyła Wydział Prawa i Administracji UAM w Poznaniu. Notariusz, od 1996 roku prowadząca Kancelarię Notarialną w Kórniku. Przez dwie kadencje była członkiem Rady Izby Notarialnej w Poznaniu oraz członkiem komisji egzaminacyjnej do spraw aplikacji notarialnej tamże. Członkini Stowarzyszenia Kongres Kobiet, sympatyczka Ogólnopolskiego Strajku Kobiet. Aktywnie włączająca się w walkę kobiet o zachowanie przez nie prawa wyboru w każdej dziedzinie życia. Prywatnie kobieta doceniająca uroki życia bez pośpiechu, w pięknym otoczeniu, blisko przyrody, wdrażająca w życie swoje i bliskich zdrowy styl życia. Hoduje kury i perliczki, pielęgnuje warzywa, robi konfitury i inne zaprawy. Spełnia się artystycznie – lepi z gliny, dzierga, haftuje. Uwielbia piesze wędrówki po górach i po plaży – na równi z czytaniem dobrej książki w hamaku. Spełniona matka i szczęśliwa babcia.

ONE POZNAN: Spotykamy się w stulecie uzyskania praw wyborczych przez kobiety. Porozmawiajmy więc o nich.  Zacznijmy od Twoich własnych doświadczeń. Jaka jest różnica między posiadaniem syna i córki, a jaka między byciem matką a babką?

 JOANNA JAŚKOWIAK: Nie miałam możliwości skonfrontowania wychowywania syna i córki, bo los obdarzył mnie tylko synem. Ubolewałam zawsze, że miałam mniejszą frajdę przy kupowaniu ubranek. Wydaje mi się, że wychowanie dziewczynki jest dużo bardziej ciekawe. No i te wszystkie tzw. kobiece sprawy: falbanki, kapelusze, malowanie paznokci (śmiech). Ale to też u mnie chyba wynika z różnicy między byciem matką i byciem babcią. Bo matka musi wychowywać…

…a babcia może rozpieszczać?

Nie, babcia może tylko i wyłącznie kochać, przeżywać swoje dzieciństwo raz jeszcze, robić rzeczy, których poważnym ludziom już nie wypada robić. Można pozwolić sobie na dużą większą swobodę. Jako babcia nie muszę już niczego wymagać. Mogę z wnuczką robić tylko i wyłącznie to, na co mamy ochotę. Jedyna zasada: musi być bezpiecznie. Poza tym możemy wszystko!

Jak zmieniły się role przypisane babciom? Co chciałabyś przekazać swojej wnuczce?

W czasach kiedy mój syn był mały, babcie były od przytulania, karmienia, hołubienia….Ani moja mama, ani teściowa nie pracowały. Ich życie było ograniczone do spraw domowych. Ja zaś pracuję, zaangażowałam się też społecznie i politycznie i  – siłą rzeczy – mała bywa ze mną na demonstracjach, staram się jej podsuwać odpowiednie lektury. Bardzo unikam wszystkich disney’owskich bajek. Poza tym, gdy przychodzi do mnie – jestem cała dla niej. I to jest dla niej bardzo atrakcyjne, bo jeśli chce lepić z ciastoliny lub robić wielką kałużę z błota na środku trawnika – robimy to! Synowi w życiu nie pozwoliłabym tak zniszczyć trawnika, a Emilka może. 

Kiedy umawiałyśmy się na wywiad poprosiłaś, żebyśmy jak najmniej rozmawiały o polityce, ale sama przyznasz, że trudno ten temat ominąć. Zacznijmy jednak łagodnie. Jak to jest zostać osobą publiczną de facto z dnia na dzień? Czym się różni życie przed, od życia po?

Bycie anonimowym jest dobrem i przyjemnością, z których niewiele osób zdaje sobie sprawę. Bycie osobą publiczną ma oczywiście także swoje zalety, łechcze mile próżność, natomiast utrudnia codzienne zwykłe funkcjonowanie. Trzeba się bardziej mobilizować, bardziej pilnować, bardziej uważać na to co się mówi, co się robi, gdzie się chodzi, nawet z kim się przebywa.

Ale chyba nie żałujesz, że nie zawsze uważałaś na to, co mówisz? Niedawno sąd w Poznaniu ukarał Cię grzywną za publiczne użycie słów nieprzyzwoitych. Przypomnijmy – przemawiając do tłumów podczas jednego ze strajków kobiet w Poznaniu powiedziałaś, że „jesteś wkurwiona”.

Nie, zupełnie nie żałuję! W czasie gdy pani sędzia odtwarzała moje wystąpienie na rozprawie, poczułam się dumna z siebie, że tak mądrze potrafię mówić (śmiech). Pomijając to słowo, które tak wszystkich wzburzyło, nad treścią całości – myślę – warto się zastanowić i wyciągnąć wnioski.

Ale przecież właśnie to słowo było adekwatne do odczuć wielu kobiet i według mnie – w tym kontekście – najtrafniejsze.

Też tak sądzę! Niestety, niewiele zmieniło się na lepsze. Może zaczynamy się przyzwyczajać do pewnych rzeczy. Jesteśmy w sytuacji żaby gotowanej na wolnym ogniu.

A czy aspekt bycia osobą publiczną zmienił dla Ciebie wiele jako dla notariusza? Czy teraz każdy chce przyjść do żony Prezydenta Poznania?

Wręcz przeciwnie. Bycie osobą znaną nie przekłada się na spokój prowadzenia kancelarii. Niektórzy się boją, niektórzy nie chcą, niektórzy nie zgadzają się z moimi wyrazistymi poglądami. Ta cała sytuacja nie przysporzyła na pewno obrotów mojej kancelarii.

A jak wyglądała Twoja zawodowa droga?

Zaczynałam studia z myślą o tym, że zostanę notariuszem. W tamtych czasach jednak zapotrzebowanie na notariuszy nie było wcale duże, to była bardzo nieliczna grupa zawodowa. Na tyle mała, że nawet nie było naboru na aplikację notarialną. Ja sama się dostałam na aplikację sądową i zaczynałam ją właśnie w sali, w której odbywała się moja sprawa, u pani sędzi Duczmal, która jest obecnie sędzią sądu apelacyjnego. A ja siedziałam tam, gdzie siedział protokolant! Wracając jednak do tematu – udało mi się przenieść na aplikację notarialną po jakimś czasie. Gdybym miała pewność, że nie trafię po aplikacji do wydziału karnego, to z przyjemnością bym ją kontynuowała, natomiast prawo karne nie jest moją dziedziną. A takich gwarancji nikt mi nie mógł dać. Zostałam więc urzędnikiem państwowym. Praca cicha, przyjemna, swobodna.

W pewnym momencie się to wszystko jednak zmieniło.

Tak, bo sprywatyzowano notariat z początkiem 1992 r. i okazało się, że będę musiała prowadzić swoją własną działalność gospodarczą, co nie było moim marzeniem. Wydawało mi się, że się absolutnie do tego nie nadaję, że sobie nie poradzę. Ale cóż było robić. Zaczęłam w Kórniku, chcąc uniknąć sporu z Izbą o wyznaczenie miejsca kancelarii, choć oczywiście byłoby mi łatwiej mieć biuro w Poznaniu. Plan był taki, że wyzwolę się z asesora na notariusza i przeniosę z powrotem do Poznania. Pamiętajmy, że to Minister Sprawiedliwości wyznacza miejsce kancelarii notarialnej. Jednak, jak widać, prowizorka w życiu trwa najdłużej. Kancelarię otwarłam w Kórniku i pracuję tam już pełne 22 lata,

Jesteś notariuszem. A co powiesz na „notariuszkę”?

Nie kojarzy mi się dobrze, wolę gdy ktoś do mnie mówi per „pani rejent”, „pani notariusz” – przynajmniej na razie damskie końcówki w odczuciu społecznym nie brzmią poważnie. Gdy zaczynałam pracę wielokrotnie zdarzało mi się, że przychodził starszy pan do kancelarii mówiąc, że chciałby rozmawiać z notariuszem. Gdy mówiłam: dzień dobry, miło mi, słucham pana, on mówił: nie, nie, z notariuszem! Jeszcze niedawno w głowie się nie mieściło, że młoda dziewczyna może sprawować tak odpowiedzialną funkcję.

A czy rodzice wspierali Cię w zawodowych wyborach?

Mój ojciec był bardzo rozczarowany tym, że nie poszłam na medycynę. Pół roku się do mnie nie odzywał. Moje zostanie prawnikiem osłodził mu fakt, że siostra jest lekarzem. Z kolei mój syn Jarek nie bardzo wiedział czego pragnie. Faktem jest, że decydowanie się w tak młodym wieku na to, co chce się robić do końca życia, jest trudne. Zawsze mówiłam synowi, że prawo jest świetnym kierunkiem, bo nie przeszkadza w robieniu czegokolwiek, co chciałby w życiu robić. Jest tylko jeden warunek, musi być dobry w swoim zawodzie. A on miał ten komfort, że mógł studiować i nie musiał iść do pracy. Studiował więc w Niemczech, na Viadrinie, skończył prawo po niemiecku, co mnie dziwi do tej pory. Nie wiem czy ja byłabym w stanie (śmiech). No i w swojej zawodowej drodze został nieźle zaskoczony…

No właśnie. Wraz z wyborem ojca, Jacka Jaśkowiaka, na prezydenta  Poznania, syn musiał przejąć firmę.

Co więcej, nie bardzo miał wyjście się nie zgodzić, siła wyższa. Tak to czasami w życiu jest – my planujemy, a życie toczy się własnym torem.

Spotkałyśmy się z Joanną Jaśkowiak na śniadanie i w tym momencie wyłączyłam mikrofon, przerywając naszą rozmowę, abyśmy mogły spokojnie zjeść. Wiadomo jednak, że przy wyłączonym mikrofonie dyskusje są zazwyczaj najciekawsze.

Mam nadzieję, że zgodzisz się, abym przywołała rozmowę, którą odbyłyśmy przed chwilą.

Spróbujmy.

Rozmawiałyśmy o mężczyznach. I o tym, że kiedy podjęliście z mężem decyzję o separacji, oboje zmieniliście miejsce zamieszkania, a z tego co powiedziałaś przed chwilą, Twoje mieszkanie jest raczej duże. Naprawdę usłyszałaś….

….po co takiej starej, samotnej babie takie duże mieszkanie? Tak, właśnie tak mnie zapytano (śmiech). Rozumiem, że jako kobieta 50+ mogę już jedynie mieszkać w kawalerce? I skupić się jedynie na wychowaniu wnuków? Nie mówiąc już o jakichkolwiek marzeniach i pragnieniach! To chyba zgodne z polityką naszego rządu, prawda?

Nie wiem właśnie, czy zgodne jedynie z polityką naszego rządu czy przede wszystkim z kulturą patriarchalną, w której żyjemy. Myślenie o dojrzałych kobietach, które towarzyszy mężczyznom w naszym kraju jest od wielu lat niezmienne, niezależnie od reprezentowanych przez nich opcji politycznych.

Niestety, też zaczynam tak myśleć.

A pomyśl na chwilę o związkach – ten starszej kobiety z młodszym mężczyzną wydaje się być w Polsce nadal szokujący i niezbyt akceptowany społecznie. Choć przecież coraz częstszy.

Tak, mężczyzna 30 lat starszy od kobiety nie budzi żadnego zdziwienia. 8 lat starsza od mężczyzny kobieta – ogromne.

A przechodziłaś przez magiczne granice wieku? Ja mam czterdzieści jeden lat i ta czterdziestka była dla mnie przełomowa – w myśleniu o sobie.

Ojej, to chyba wolniej dojrzewałam, miałam takie refleksje dopiero w okolicy pięćdziesiątki! Ale to pewnie dlatego, że wiele rzeczy się wtedy w moim życiu bardzo intensywnie działo.
Zaangażowanie Jacka w politykę,  jego wygrane wybory, a także różne osobiste sprawy spowodowały, że uświadomiłam sobie, mając pięćdziesiąt lat, że nie mam już czasu. Moja mama żyła tylko do sześćdziesięciu pięciu. Czyli ta perspektywa fajnego życia, w zdrowiu, o ile wszystko dobrze pójdzie, to jakieś piętnaście lat. Tyle mi zostało na wykorzystanie tego, co ciężko wypracowałam przez ostatnie trzydzieści lat. Kiedy więc  będę z tego korzystać jak nie teraz?!

Korzystasz?

Tak, ale przede wszystkim wymaga to zmiany mojego podejścia do świata, mojego rozumienia świata, mojej roli w tym świecie. Zaplanowałam więc aktywne życie na piętnaście lat i mam zamiar je przeżyć jak najpełniej, nie robiąc z siebie młódki. Odpowiednio do wieku – pełnią życia!

 A wierzysz w przyjaźń po rozstaniu?

Nie.

 W poprawne stosunki?

Tak.

 W życzliwość?

Hm, byłoby miło.

Zdecydowałaś się na bycie częścią pewnej myśli, którą wdrożyli w czyn aktywiści miejscy, tworząc wspólny komitet na październikowe wybory samorządowe, w którym się znalazłaś. Nie uwierzę, że odbyło się to bez Twojego „wpadnięcia” w politykę wraz z wyborem Twojego męża na prezydenta. Miałaś okazję się napatrzeć i nasłuchać…

Oczywiście, że miało to wpływ. Siłą rzeczy zostałam wciągnięta w wir miejskiej polityki, silnie i dość głęboko. Nie możliwe było przecież w tym nie uczestniczyć, zamknąć uszy i oczy.

Ale przecież polityka jest okropna…

Jest, ale jeśli Cię w niej nie ma, to nie masz prawa głosu, który coś realnie zmieni. Jeśli my, kobiety, nie zmobilizujemy się, pomimo tego, że polityka jest taka brutalna, nie stwierdzimy, że trzeba się w nią zaangażować – choćby po to, żeby przestała być taka brzydka i okrutna – to nic się nie zmieni.

Ale czy politykę da się zmienić? Pamiętam, że dostałam niedawno komplement: pani jest świetna w tym co robi, bo działa pani jak facet…Był to przykry komplement.

Ale ja całe życie jestem mężczyzną! (śmiech)

Co Ty mówisz!? To jest straszne.

Żarówki przykręcić, kran naprawić, remont zrobić, dziecko ogarnąć, pracować zawodowo i być miłą żoną. Tak było. Stąd to sformułowanie, które wyrwało mi się na Wielkopolskim Kongresie Kobiet, że chciałabym mieć żonę (śmiech). A poważnie, koło tej pięćdziesiątki właśnie zdałam sobie sprawę, że jeśli nie zawalczę sama o siebie, to mnie „zajadą” – mój kochany mąż, moje kochane dziecko, moja kochana wnusia, której pozwolę wejść sobie na głowę (no dobrze, na to ostanie się zgadzam).

Wiesz, ale domowa walka o siebie, a wejście do polityki…

Moja postawa dotyczy i polityki i życia osobistego.

Czyli teraz tym „facetem” będziesz musiała być podwójnie?

Wręcz przeciwnie, dużo rzeczy mi odpadło. Robi się remont mieszkania. Wreszcie mogłam wynająć architekta, który wszystko za mnie załatwia. Nie biegam po sklepach, nie ślęczę w internecie, nie zbieram próbników itp. – dokonuję tylko ostatecznych akceptacji. Wiesz ile mi to oszczędziło czasu?!

A przed pięćdziesiątką nie mogłaś zatrudnić architekta?!

Jacek zawsze twierdził, że nie jest to konieczne. I pozostawiał sprawy na mojej głowie. Nadzorowanie remontu naszego szalonego mieszkania w Szklarskiej Porębie, 300 km od domu, przy jednoczesnym prowadzeniu kancelarii, to było nie lada wyzwanie. I to nie był zwykły remont, tylko prace w zabytkowej kamienicy, zgodnie z wymogami konserwatora, dotyczącymi zabytków. A ja nie jestem architektem wnętrz! Uważam więc, że efekt, który tam osiągnęłam jest WOW (śmiech). Mój mąż się zresztą cały czas się chwali, że ma takie piękne mieszkanie…

Czyli, że miał absolutną rację. Dałaś sobie fantastycznie radę sama.

Och, ale ile usłyszałam przykrych słów na temat swojej rozrzutności! Bo majster powiedział, że remont będzie kosztował tyle i tyle, a – jak to przy remoncie – okazało się pewnie ze trzy razy więcej, plus dwadzieścia procent. Doszły dodatkowe prace, bo np. belki w stropach wygniły i trzeba je wymienić, albo ściany wypadły na podwórko. Wiesz, takie atrakcje…

No dobrze, wchodzisz zatem do polityki, tupiesz nogą, mówisz, że teraz czas kobiet. Co chcesz osiągnąć?

Na razie się tej polityce przyglądam. Do wyborów jeszcze jest trochę czasu [wywiad przeprowadzałyśmy w czerwcu – dopisek ONEPoznan], zobaczymy jak to wszystko się potoczy. Chciałabym się jednak zająć najprostszymi rzeczami, na które mężczyźni najczęściej nie zwracają uwagi, bo się np. przemieszczają samochodem. Czyli chociażby chodnikami – zobacz jak rozjeżdżone, nierówne, pełne psich kup i zastawione autami są chodniki. Przejechanie
z wózkiem dziecięcym stanowi w wielu miejscach spore wyzwanie. Chciałabym, żeby miasto było równie przyjemne do zamieszkania, jak domek z ogródkiem za miastem.

Żebyśmy nie chcieli z niego wyjeżdżać.

Tak, równy chodnik, zieleń, piękne skwery. Poznań ma swoje zalety. Wszędzie jest blisko, to jest przecież w sumie niewielkie, kompaktowe miasto. Mieszkając na Jeżycach wszędzie mam parę minut. Rynek pod nosem, mnóstwo knajpek, teraz piękny Bałtyk. Jedyna rzecz, której mi na Jeżycach brakuje to zieleń. Miejsca, gdzie można byłoby wyjść z dzieckiem. Jest stare Zoo, ale też nie zawsze dostępne. A potem dopiero Rusałka. Chciałabym więc żeby miasto było  przyjemne do mieszkania.

Ale czy to nie są właśnie postulaty Jacka Jaśkowiaka?

No wiesz, dorastaliśmy jednak razem 30 lat i siłą rzeczy myślimy podobnie.

Czego nie lubisz w Poznaniu?

Ja lubię moje miasto. Nigdy nie chciałabym się stąd wyprowadzić – do Warszawy czy Wrocławia, choć przecież Wrocław jest bardziej okazały, przypomina Berlin. Mieszkając na Jeżycach, mam 15 minut na Stary Rynek.

Jakie są poznańskie kobiety?

Normalne, takie jak kobiety w innych miastach.

 Przerywamy wywiad bo dzwoni telefon, Joanna odbiera i kilka minut rozmawia.

Dzwoniła moja teściowa. O! Widzisz! Teściowa mi się naprawdę udała.

 A „firany”, dulszczyzna, brak rozrzutności…wiesz, wszystkie te stereotypy o nas?

To się przecież zmienia. A z drugiej strony – byłoby bardzo dobrze, gdybyśmy zachowali jak najdłużej te wszystkie poznańskie cechy. Żeby było równo, ładnie posprzątane, bez rozrzutności, ugładzone (śmiech).

Oj, chyba nie jesteś bałaganiarą.

Absolutnie nie. Mój wybór zawodu wynikał także z moich cech – uwielbiam mieć wszystko posegregowane i usystematyzowane, wpięte w segregator (śmiech)

Jaką radę dałabyś 25-letniej sobie?

Jaka szkoda, że nie można mieć dwudziestu pięciu lat i rozumu pięćdziesięciolatki.

Ale to nie jest rada, a gorzka konstatacja.

Hm, jeśli więc chodzi o rady…warto zachować zdrowy egoizm.

A gdzie jesteśmy dzisiaj w stulecie uzyskania praw wyborczych przez kobiety?

Ciągle mamy dużo do zrobienia. Sto lat walki, a my jesteśmy ciągle na początku. Nadal próbuje się nas wepchnąć z powrotem do kuchni. Problem polega na tym, że wraz z równouprawnieniem wzięłyśmy na siebie także dodatkowe obowiązki. Czyli do kobiecych, doszły nam męskie. Mężczyźni chyba jeszcze nie dorośli do tego partnerstwa, bardzo jest im wygodnie pozostawać w roli mężczyzny i mieć w domu ogarnięte wszystko – przez kobietę i przez tego „mężczyznę” w kobiecie, o którym mówiłyśmy. Mają wtedy czas na swoje zainteresowania, na pielęgnowanie swoich hobby, rozwijanie się, naukę tego i siamtego.  Czasem też mają pretensje, że i my tego nie robimy. A doba ma 24 godziny i sił z wiekiem niestety brakuje.

Słyszę, że mówisz o sobie.

Do niedawna nie poszłam spać dopóki nie miałam wszystkiego ogarniętego na następny dzień. W tej chwili potrafię to zrobić.

Nawet naczynia w zlewie na noc zostawić?

Tak, uważam, że jest to jedna z ważniejszych umiejętności, które ostatnio zdobyłam.

Jakbyś ją nazwała?

Odpuszczenie sobie. SOBIE. Bo to jest przecież tylko mój problem. Jestem dla siebie łagodniejsza, nie muszę być idealna we wszystkich dziedzinach. Tego się po prostu nie da. Sił nam nie starczy. A poza tym przychodzi refleksja: w imię czego?!

Jesteśmy wystarczająco dobre.

Tak. I takie właśnie powinnyśmy być kochane.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Agata Grenda