Sylwetka | Karolina Paluch

Karolina Paluch

Od cztereach lat właścicielka salonu Paluchem Czesane, fryzjer i stylistka fryzur z ponad dwudziestoletnim doświadczeniem. Zanim zdecydowała się na otworzenie własne salonu pracowała w Poznaniu w Studio Life, Beverly – hair and body, Pracowni stylizacji fryzur – Allure i w Studio Arkas. Doświadczenie zdobywała także pracując w zawodzie w Irlandii, a w zawodach organizowanych przez Irlandzką Federację Fryzjerów zajęła w 2009 r. siódme miejsce. Jej drugą pasją jest gotowanie, w wolnym czasie fotografuje, ćwiczy pilates oraz chodzi do kina i na koncerty.

ONEPoznan: Jak chciałabyś być przedstawiona w tym wywiadzie? Kiedyś mówiło się fryzjerka, dzisiaj stylistka fryzur. Czym różnią się te dwa zawody? Ładniej brzmi jedynie?

Karolina Paluch: Często mówimy o sobie styliści, ale to trochę na wyrost, bo musielbyśmy się zajmować i ubiorem i makijażem, a wielu z nas nie ma na to czasu. Natomiast bardzo nie lubię żeńskiej formy, czyli “fryzjerki”. Kojarzy się mi się z osobami, które znalazły się w tym zawodzie z przypadku. Wiesz, nie wiedziały co ze sobą zrobić i poszły “na fryzjerkę”. Dla mnie “fryzjer” to jest właściwe słowo.

Ale zaraz, zaraz. Przecież fryzjer to mężczyzna, a fryzjerka to kobieta. Po prostu. Używanie męskiej formy to dyskryminacja kobiet już w samym języku! Czyli dopóki nie jesteśmy nazwane tak jak mężczyźni, czujemy się gorsze?

Być może mam trochę genów męskich (śmiech). Wyszło szydło z worka… I pomimo, że mam w sobie bardzo dużo kobiecości, którą ostatnio coraz bardziej odnajduję po wielu perypetiach, to nawet zdrabniania wyrazów nie lubię. Lubię wszystkie “twarde” wersje, pewną szorstkość.

A może słowo fryzjer chroni Cię w zawodzie bardziej niż słowo fryzjerka?

Chyba tak. Czuję się w nim bezpieczniej (śmiech). Poza tym fryzjer nie jest tylko osobą, która zajmuje się tylko twoją fryzurą. Zajmuje się też twoją duszą.

Do fryzjera zamiast do psychologa?

Miałam ostatnio rozmowę z prowadzącym szkolenie z RODO, w którym wzięłam udział. Mówił o danych wrażliwych, a ja pomyślałam, że chyba muszę przestać rozmawiać z klientkami! Bo przecież wiem, która miała problem z zajściem w ciążę, którą mąż zostawił. To są dopiero dane wrażliwe (śmiech).

A czy zdarzyło Ci się komuś odmówić zrobienia wymarzonej fryzury, bo byłaś absolutnie przekonana, że ta osoba będzie źle wyglądała i będzie żałować swojej decyzji?

Często zdarza się, że klientka przychodzi z jakimś zdjęciem i mówi, że  “chce tak wyglądać”. I gdy oceniam jej sylwetkę, twarz, styl, wszystko co towarzyszyć będzie tej fryzurze i jestem pewna, że  to nie zadziała, jestem w stanie jej powiedzieć: sorry, nie, nie, nie. Idziemy w innym kierunku. 

A największym komplementem jest dla mnie gdy przychodzą klientki i mówią “rób co chcesz”. I wtedy kluczowe jest jaki mają nastrój, na jakim są etapie życia – czy mają dołek z którego trzeba je wyciągnąć, czy są zadowolone, czego im trzeba….

No tak, czyli każdą fryzurę musi jednak poprzedzać poważna rozmowa (śmiech).

Oczywiście, że tak! Taka diagnoza duszy, żeby to co w sercu wyrazić też na głowie. I to najbardziej widać po mnie! Jak zaczynam wchodzić w kolory, to znaczy, że u mnie wszystko dobrze.

Masz rację, ja także często wyrażam się przez włosy. Gdy spotkały mnie jakiś czas temu zawirowania życiowe, a włosy miałam wtedy bardzo krótkie i już de facto mogłam się tylko ogolić całkiem, postanowiłam je po prostu – w ramach zmiany – zapuścić. Ale na pewno było to spowodowane chęcią radykalnej przemiany.

Rozumiem cię, ja zaklinałam, że nigdy nie zapuszczę włosów, ale ta odzyskiwana kobiecość, pozwoliła mi pomyśleć, że może jednak…?

Czyli jedynie długie włosy to kobiecość?

Niekoniecznie! Czasem to mocne strzyżenie pozwala ją odzyskać, daje siłę. Liczy się decyzja zmiany, na którą jesteśmy gotowe. Bo zmiany na głowie najczęściej odzwierciedlają gwałtowne zmiany w całym naszym życiu – zmianę partnera, pracy, zamieszkania.

Ale mężczyźni jednak mają fetysz długich włosów. Być może dlatego tak często feministki kojarzą się im,  jakże niesłusznie, z krótko obciętymi chłopczycami, w płaskich butach.

Gdy chodziłam do szkoły wizażu pana Olafa Tabaczyńskiego zrozumiałam o co chodzi z tymi długimi włosami. Faceci lubią długie włosy, bo to jest symbol uległości. A ja staram się udowadniać, że krótkie włosy, dopasowane do sylwetki mogą być bardzo kobiece, mogą kobiecość wręcz podkreślać.

A czy Twoje klientki śledzą trendy i przychodzą do Ciebie prosząc na przykład o loki, bo dowiedziały się, że to aktualnie najmodniejsze?

Na szczęście to już się skończyło i staram się wszystkim kobietom powiedzieć “trend jest w tobie”. Cieszmy się i bawmy możliwościami, które daje nam to, że możemy mieć na głowie co tylko chcemy.

A trendy obecnie są takie, że ma być naturalnie, żeby odrosty nie powodowały, że trzeba co trzy tygodnie być u fryzjera. Żeby było wygodnie.

To może jest to także efekt uboczny walki naszych prababek o równouprawnienie? Nareszcie nie musimy się martwić tym, co mamy na głowie. To znaczy – dajemy sobie to prawo się nie martwić.

Tak! Coraz więcej też kobiet decyduje się na swoje własne kolory. Na przykład na mądry kolor.

Mądry kolor?

Tak, nie lubię nazywać go siwym. To jest mądry włos! (śmiech)

Jesteś z Poznania?

Tak, od zawsze. Jestem z Piątkowa. Potem mieszkałam na Śródce, cztery lata spędziłam w Irlandii, to był bardzo cenny czas, pracowałam w zawodzie, bardzo dużo się nauczyłam. Trafiłam tam na fantastycznego szefa, który wysyłał mnie na kursy, do szkół. Tam poznałam co to geometria głowy, wcześniej chyba do wszystkiego dochodziłam po omacku. Siedział we mnie artysta, ale był kompletnie nieokrzesany, teraz jest mi dużo łatwiej.

Czyli nadal – nie artystka, tylko ciągle artysta, w rodzaju męskim?

Ha, rzeczywiście. Ciekawe kiedy poczuję się na tyle kobieco, że będę mówić “artystka” (śmiech).

Od kiedy Cię poznałam wydajesz mi się absolutnie wolną, artystyczną duszą właśnie. I od zawsze mi imponowało, że regularnie chadzasz ze znajomymi na tańce. A przecież nie masz już dwudziestu lat. I Ty i ja jesteśmy mamami córek w wieku wczesnoszkolnym, ale ja – od kiedy jestem mamą – nie daję sobie pozwolenia, a może po prostu nie mam siły, żeby w piątek pójść na tańce!

Uwielbiam tańczyć, choć muszę szczerze przyznać, że częściowo była to dla mnie jakaś ucieczka od codziennych trosk. Była, bo od kiedy się rozwiodłam i dzielę opiekę nad córką z mężem naprzemiennie każdego tygodnia, nie tak często już wychodzę na tańce.

Takie naprzemienne dzielenie się opieką musi być chyba trudne dla wszystkich. A dla Ciebie jako matki?

Na początku było straszne. Przy drugiej czy trzeciej takie zmianie roniłam krokodyle łzy i miałam ponury cały poniedziałek. Nie mogłam sobie z tym poradzić. Na ten moment już jednak wszyscy się przyzwyczaili do takiego modelu. Być może nawet ma to jakieś zalety. W tygodnie w które jestem z córką mam czas na odpoczynek, zatrzymanie się, jestem tylko dla niej. W kolejne pracuje w salonie do 22.00-23.00 i wyciskam z pracy jak najwięcej. Doceniam też, że mój były mąż chciał dzielić ze mną opiekę nad dzieckiem i robi to dobrze. A wiemy jak wygląda rzeczywistość, po rozwodzie wielu ojców chętnie zabiera dzieci na lody co drugi tydzień.

To, że non stop pracujesz widzę bo mieszkam niedaleko i często mijam Twój salon. Jednak trafiłam do Ciebie po raz pierwszy, bo przechodząc obok przeczytałam nazwę “Paluchem Czesane”. I pomyślałam: wow, co za nazwa! Musiałam wejść do środka i umówić się z Tobą na cięcie. I dopiero na wizytówce od Ciebie przeczytałam: Karolina Paluch.  Jestem ze świata kultury i to mogłaby być nazwa niezłego zespołu punkowego albo co najmniej odjechanej galerii (śmiech). Wchodząc do środka wiedziałam, że będzie dobrze!

Oh, bardzo bym chciała stworzyć taką galerię. Żeby fryzjerstwo działo się w pięknym otoczeniu. Sama uczyłam się mody i wizażu, współpracuję ze świetnymi stylistami. Strasznie podoba mi się na przykład poznański SPOT i bardzo chętnie stworzyłabym mu konkurencję (śmiech). Tam jest restauracja, warsztaty, mały butik i – nieco ukryte – fryzjerstwo. Ja zawsze chciałam mieć tutaj prace artystyczne, żeby klienci mogli czuć się tu nieco inaczej i podziwiać też sztukę. Planuję to zrobić.

Od dzieciństwa czesałaś lalki?

Tak, czesałam, strzygłam. Jako sześciolatka wycięłam sobie romb w grzywce. Ale zawsze wszystko rozgrywało się między gastronomią, a fryzjerstwem. Ponieważ jednak jestem kolorowym kogucikiem i lubię być widoczna, wybrałam to ostatnie. Nie chciałam być ukryta w kuchni. Staram się jednak pielęgnować swoje zamiłowania kulinarne, choć brak mi ciągle czasu. No i żeby zostać fryzjerem musiałam wykazać bardzo wiele uporu, siły fizycznej i psychicznej oraz determinacji.

Dlaczego?

Robiłam wszystko żeby nie skończyć w liceum! 

Słucham?!

Mój ojciec zawsze chciał żebym poszła do liceum, a potem na studia. A ja strasznie chciałam iść do zawodówki żeby się uczyć fryzjerstwa. Zawaliłam więc ósmą klasę, miałam fatalne oceny, trochę mi było wstyd odbierać świadectwo, ale ojciec przestał mnie wypychać na siłę do liceum. A później, żeby udowodnić wszystkim, że jestem jednak mądra, kolejne sześć lat szkoły miałam czerwony pasek. I liceum skończyłam już tylko dla siebie.

Od kiedy masz własny salon?

Od czterech lat. Uczyłam się w miejscu, w którym rok pracowałam, później był kolejny salon, a następnie wyjazd do Irlandii – kolejne cztery lata w zawodzie. Gdy przyszło macierzyństwo, najpierw byłam z dzieckiem, a potem zaczęłam pracować w domach klientek, nienawidziłam tego. W salonie mam dobre światło, wszystko pod ręką, jest kompletnie inaczej. Czułam, że muszę coś zmienić i odważyłam się na samodzielność.

Czy we fryzjerstwie kobiety muszą o coś walczyć i coś udowadniać?

Nie, nigdy nie czułam żadnych szklanych sufitów. Siedem miesięcy zabrało mi odzyskanie puli klientów, dzięki którym mogłam już finansowo przetrwać. Teraz po prostu należy oferować najwyższą jakość usług by nie stracić ich zaufania.

Jesteś feministką?

Nie. Choć niektórzy mi to zarzucają. Ale nie chcę być radykalną feministką.

Feminizm jako obelga? Bardzo smutne.

No właśnie. A przecież to dążenie do równych praw jest naturalne. Chyba więc w sumie jestem feministką (śmiech). Najważniejsze jest dla mnie partnerstwo w związkach. Bo chyba także mężczyźni pogubili się w tym feminiźmie. My kobiety także już nie wiemy czego chcemy, a mężczyźni nie wiedzą czego się od nich oczekuje. Jednak oczywiście to, że mamy od 100 lat prawa wyborcze i możemy być niezależne pod każdym względem, jest dla mnie najważniejsze.

Dziękuję za rozmowę. 

Rozmawiała Agata Grenda