Sylwetka | Katarzyna Grochal

 
KATARZYNA GROCHAL
 
Katarzyna Grochal, urodzona w Poznaniu w 1984 roku. Absolwentka wydziału geografii Uniwersytetu Adama Mickiewicza. Zawodowo nigdy nie związana z wyuczonym zawodem. Od czasu studiów podejmowała różne prace w  ramach  poszukiwania swojej ścieżki zawodowej. Od 2011 roku jej kariera związana jest ściśle z zarządzaniem zasobami ludzkimi dla zewnętrznych pracodawców. W 2013 roku rozpoczęła przygodę z branżą FMCG, w której pracuje do dziś. Prywatnie kocha otaczać się ładnymi przedmiotami i wypełniać szafę nowymi sukienkami. Pije dużo kawy, śpiewa pod prysznicem i ciągle przytula psa. Inne jej przyjemności to kuchnia (gotowanie i poznawanie nowych smaków) oraz podróże, które przez kilka ostatnich lat realizuje w kierunku Azji Południowej, a weekendowo w Europie. Podróże kocha, bo ucieka wtedy od konsumpcjonizmu i komercji. Po 32 latach życia w Poznaniu wyprowadziła się kilka lat temu na jego obrzeża, gdzie czasami tęskni za zgiełkiem miasta, ale ćwiczy cierpliwość w przydomowym ogrodnictwie. 

ONEPoznan: Pracujesz dla zagranicznego koncernu, nadzorujesz pracę 60 osób. Czym dokładnie się zajmujesz?

Katarzyna Grochal: Jestem managerem w branży spożywczej, to świat marketów, dyskontów i handlu tradycyjnego. W skrócie – moją rolą jest zarządzanie produktem oraz budowanie relacji biznesowych z klientami. W tej branży zdecydowanie więcej jest kobiet, ale niestety tylko na najniższych stanowiskach, im wyżej, tym ten świat robi się bardziej męski.

Jak wygląda sytuacja kobiet pracujących w wielkich sieciach handlowych? Gdy o nich myślę, od razu przychodzą mi na myśl opowieści o kasjerkach, które przez 10 godzin nie mogą wyjść na przerwę i siedzą w pampersach…

Takie sytuacje dawno już nie mają miejsca, przynajmniej w firmach, w których pracowałam, a normy pracy i zadania wykonywane na określonych stanowiskach są takie same dla obu płci. Dyskryminacja się zdarza, ale nie łączę tego z dyskryminacją kobiet, ale raczej z brakiem poszanowania pracowników podstawowych. I tu nie ma reguły, bo robią to zarówno mężczyźni jak i kobiety.

Jednak tymi “nieszanowanymi pracownikami podstawowymi”, jak ich nazywasz, są osoby stanowiące obsługę supermarketów czyli głównie kobiety. I jeśli dyskryminacja się zdarza to dotyczy właśnie ich, czyż nie?

Jeśli tak na to spojrzeć, to tak, masz rację. W sieciach handlowych panuje stereotyp „pani kasjerki” – a to bardzo sfeminizowany świat. „Żaden facet nie przyjdzie pracować za taką pensję” – to jest twierdzenie pań, które często słyszę. Prawdą jest, że mężczyźni wyceniają swoją pracę drożej, częściej też walczą o podwyżki i rozpychają się łokciami. Panuje też przykre przeświadczenie, że kasjerki to „kretynki”, wielokrotnie słyszałam jak rodzic przy kasie mówił do dziecka: „ty się ucz, bo skończysz jak ta pani tutaj na kasie”. Nic bardziej mylnego! Kasjerki piszą książki, odnoszą sukcesy w turniejach naukowych, kończą studia i zwiedzają same świat. Wielokrotnie spotykałam się z sytuacją, że pracownik z własnego wyboru odmawia awansu, lub porzuca pracę na stanowisku radcy prawnego tylko dlatego, że ceni sobie święty spokój.

Kończyłaś ochronę środowiska na wydziale geografii UAM. Opowiedz o swojej drodze do pracy w korporacji. To dość bezwzględny świat. Czy musiałaś przebijać szklane sufity?

Pamiętam, że gdy zaczynałam swoją karierę w branży spożywczej, zostałam zaproszona do tzw. assessment center w ramach rekrutacji na stanowisko managerskie. Rekrutacja była ogólnokrajowa i z przykrością patrzyłam, że prawie nie było tam kobiet. Na ok 1500 zgłoszeń byłam jedyną kobietą z tej rekrutacji, która została wówczas zatrudniona w firmie. I tu znowu nie wiąże tego z dyskryminacją naszej płci, raczej z brakiem pewności siebie polskich kobiet. Nigdy nie pomyślałabym, że wybrano mnie bo politycznie tak trzeba żeby choć jedna kobieta pracowała w firmie. Nigdy nie pomyślałam też, że na najwyższych stanowiskach pracują głównie faceci, bo „kobiety do garów”. Nie mam takich myśli, bo nie widzę miedzy nami różnic, sądzę raczej, że kobiety nie chcą, boją się, brak im pewności siebie, a nie że ktoś nas nie chce w tym środowisku, bo nosimy spódnice.

Na 1500 kandydatów, byłaś jedyną wybraną kobietą i nie wiążesz tego z dyskryminacją kobiet?!

Problem w tym, że na te 1500 zgłoszeń, kobiety stanowiły bardzo mały odsetek. Nadal brakuje im świadomości swoich możliwości, rzadko mówią, że odniosły sukces, że to ich zasługa i nikogo innego, deprecjonują swoją pozycję społeczną, a kompleks kopciuszka nadal nie pozwala im na wyzbycie się obawy przed niezależnością.

Dlaczego zatem według Ciebie kobiety nadal się boją i brak im pewności siebie?

Pochodzę z domu, gdzie o kobietach i ich sile bardzo dużo się mówiło. Mama nigdy nie nazywała mnie księżniczką, nie instruowała, że dziewczynce czegoś nie wypada. Wyraźnie mi mówiono, że bajka o kopciuszku to tylko bajka, że moje życie jest w moich rękach i że nie przyjedzie rycerzyk na koniu i nie uratuje mnie przed światem. Bo pewna siebie kobieta to kobieta, która ma kontrolę nad swoim życiem, dzięki czemu nic nie dzieje się przypadkowo, nikt nie wybiera za nią i nikt jej do niczego nie zmusza. To kobieta, która podejmuje świadome wybory by żyć w zgodzie ze sobą. Ja miałam to szczęście, że te wartości towarzyszyły mi od dziecka. Głośno o nich mówię kobietom, które na każdym kroku martwią się opinią wszystkich dookoła, łykają jak pelikany, że mają być tylko idealną dziewczyną, potencjalną matką, do tego wypadałoby żeby gotowały jak Ramsay i sprzątały jak wieloosobowa ekipa sprzątająca.

Mam nadzieję, że pozwolisz mi nazwać Cię feministką?

Jestem feministką na swój sposób. Trochę inny może, niż określa to definicja. Nie chodzi tu o to, że do szczęścia mi facet niepotrzebny, czy wręcz przeciwnie, bo nigdy by mi do głowy nie przyszło, żeby rozdzielać coś na męskie i damskie. Nie mam tzw. kobiecych kompleksów, nigdy o sobie nie pomyślałam, że jestem za gruba czy gorsza niż kobiety z zachodu, albo że poświęcę karierę dla pasji swojego męża. Spódnica nie przeszkadza mi w wierze we własne kompetencje. Nie mam potrzeby porównywania się też z innymi, podziwiam piękne kobiety otwarcie, nie czułabym się gorsza idąc sama na imprezę w towarzystwie par, a koleżankom śmiało opowiadam barwne historie z życia erotycznego, śmiejąc się przy tym z wyboru który nam, kobietom, się daje: albo być kuchtą albo dziwką.

Ale przecież bycie feministką nie oznacza bycia zakompleksioną, grubą kobietą, która nie potrzebuje facetów, tylko pewną swojej wartości dziewczynę, która walczy o równouprawnienie i wyrównanie szans dla obu płci. To wspaniałe widzieć jak czerpiesz siłę ze swojej kobiecości, jednak wiele kobiet nie ma po prostu takiej możliwości. Feministki walczą właśnie o to, aby każda z nich mogła wypowiadać słowa na temat swojego życia i swoich wyborów, które dla Ciebie i dla mnie są oczywiste. I nie chodzi tu o różnice, czy ich brak, między płciami, tylko o nierówności w płacach, o oczekiwania w stosunku do kobiet i mężczyzn, o dyskryminowanie matek w pracy itd. itp. Nie widzisz tego w swojej branży?

Właśnie o to mi chodziło, że każda z nas powinna zacząć od siebie, zmienić postrzeganie i stosunek do siebie samej. Sprzeciwiać się stereotypom, i głośno mówić „stop”, gdy przekraczane są nasze granice, gdy zaczynamy czuć się niekomfortowo. Nie muszę być panią idealną i uniwersalną, mogę otwarcie mówić, że jadę na wakacje sama i lubię BDSM, że mam osobne konto w banku i że kolacji dzisiaj nie ma. Widzę w swojej branży dyskryminację, ale też widzę, że kobietom brakuje odwagi żeby się temu przeciwstawić. Jeśli nie potrafimy w prostych czynnościach wziąć spraw w swoje ręce, to na pewno nam się nie uda dokonać przełomu w wielkich koncernach.

Oczekiwania, które patriarchalna kultura przed nami stawia są bardzo wysokie.

Tak! I wciąż leczymy kompleksy. A ja nie boję się wyjść na ulicę z niepomalowanymi paznokciami, z potarganymi włosami. Nie próbuję być doskonała, żeby się lepiej poczuć, nie boję się upływu lat i nie próbuję się silić żeby zatrzymać czas. Zobacz, ciągle kupujemy nowe kremy przeciwzmarszczkowe, odwadniamy się na siłowniach, więc niedługo największym zagrożeniem środowiska naturalnego będzie kwas hialuronowy płynący kanałami!  Ja więc po prostu nie widzę pozabiologicznych różnic miedzy płciami, przez to nikomu nie muszę nic udowadniać.

Wiem, że lubisz gotować i że gotujesz wspólnie z mężem. Gdy z Wami rozmawiałam, zdziwił się on, że nie wszystkie pary spędzają czas na wspólnym przyrządzaniu posiłków w kuchni… pozazdrościłam Wam wtedy bardzo! Wyobraziłam sobie polskich Kowalskich, którzy po pracy biegną do żony, żeby z nią coś upichcić…

To prawda, dużo czasu spędzamy w kuchni, bardziej jednak wykorzystując ten czas na byciu razem, opowiadaniu sobie o minionym dniu i wspólnym planowaniu następnych. Lubimy gotować, ale jeszcze bardziej przy tym rozmawiać. U nas nie ma problemu co zrobić na obiad, pomysły przychodzą same i rzadko zdarza się, że jemy dwa razy to samo. Dużo podróżujemy i nawet wtedy wchodzimy ludziom do kuchni by wspólnie pogotować. Wykorzystujemy potem przepisy ze świata w naszych wariacjach kulinarnych. W kuchni, tak jak życiu, uzupełniamy się – ja coś dosolę, on doda czosnku, potem ja cytrynę i tak długo doprawiamy, aż nie powstanie danie idealne. Tak samo jest w codziennej „rutynie” – nie jestem przecież atrakcyjnym sprzętem domowym, który mąż przeniósł przez próg. Mój mąż też nie dostaje w domu największego kotleta, bo narobił się w pracy. A ja nie idę do sklepu dźwigać ciężkie zakupy, umordować się i pół wieczoru o tym opowiadać mężowi, żeby poczuł się jak świnia. Chyba więc oboje z mężem jesteśmy feministami!

Masz 34 lata, czy czujesz presję najbliższego środowiska idącą w kierunku posiadania potomstwa?

Oczywiście, ale znowu – nie dlatego że jestem kobietą, a kobiety muszą rodzić dzieci. Raczej odbieram ją jako troskę o moje zdrowie i tykający zegar biologiczny. Nie wykluczam dzieci, jednak kiedy to nastąpi (jeśli w ogóle) – to tylko moja decyzja. Dla mnie to jest tak oczywiste, że trudno mi uwierzyć że może być inaczej.

W jakim miejscu są polskie kobiety w stulecie uzyskania przez nie praw wyborczych?

Nadal musimy pracować nad sobą u podstaw. Po stu latach ciągle musimy walczyć o swoje prawa, wychodzić na ulicę i nadal głośno wykrzykiwać, że mamy prawo decydować o nas samych. Brakuje nam ciągle wzajemnej solidarności, a obawiam się, że jednorazowe wyjście z parasolkami na ulice nie umocni naszej pozycji w społeczeństwie. Za mało się wspieramy, za mało trzymamy się razem – bo dzisiaj stojąc w kolejce do kasy, gdy mężczyzna ubliża kasjerce, nikt nie reaguje.

Dziękuję za rozmowę.

 

Rozmawiała Agata Grenda