Sylwetka | KATARZYNA WALA

 

KATARZYNA WALA
jest pomysłodawczynią i inicjatorką ruchu Bloomerek- grupy rekonstrukcji herstorycznej. Z wykształcenia atropolożka kultury z zawodu dziennikarka, pracowała w telewizji, gdzie specjalizowała się w materiałch interwencyjnych i kulturalnych. Obecnie przygotowuje filmy popularnonaukowe i formy dokumentalne w studiu filmowym Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Jest inicjatorką Stowarzyszenia Mobilny Dom Kultury Wilczak i działań rewitalizacyjnych prowadzonych na Szelągu. Udało jej się dzieki przychylności środowiska urzędniczego i wodniackiego przywrócić tradycje Parad Sobótkowych, organizowanych na Warcie w Poznaniu. Prywatnie mama dwóch córek Wiktorii i Kai. Ma psa, dwa koty i co najważniejsze – wspaniałych sąsiadów, którzy pomagają jej opanować cały ten galimatias.

MDK Wilczak na Facebooku >>>

MDK Szeląg na Facebooku >>> 

Bloomerki – grupa rekonstrukcji na Facebooku >>>

Na Stulecie Praw Kobiet rozmawiamy z Katarzyną Walą, pomysłodwczynią i inicjatorką ruchu Bloomerek – grupy rekonstrukcji herstorycznej.

ONEPoznań: Sto lat temu nasze prababki wywalczyły prawa wyborcze. To był długi proces, a jego częścią było wyzwalanie kobiet poprzez wolność poruszania się – na przykład na rowerze. Bloomerki – angielskie słowo (po polsku „reformy”), to nazwa Waszej grupy ale i elementy dawnego ubioru damskiego. Czym są bloomerki, kto je nosił i dlaczego?

Katarzyna Wala: Bloomerki to są pierwsze spodnie jakie nosiły kobiety w połowie XIX wieku. Ich nazwa pochodzi od Amelii Bloomer, redaktorki, aktywistki, która na łamach swojego czasopisma „The Lily” propagowała noszenie bloomersów a właściwie całego kostiumu, na który składały się spodnie do kostek i sukienka do kolan. Kobiety, które nosiły ten strój także określano bloomerkami. Kostium wymyśliła Elisabeth Smith Miller, zainspiorwana strojem tureckich kobiet. Był on alternatywą do ciężkich sukien, utrudniających poruszanie się. Niestety, aktywistki szybko zrezygnowały z noszenia bloomerek ze względu na presję społeczną. Ich kostium był wyśmiewany na ulicach, a noszące go kobiety były wypraszane z różnych instytucji, były bohaterkami licznych karykatur i żartów. Sama Amelia Bloomer zrezygnowała z noszenia spodni! Tłumaczyła to tym, że bloomerki odciagają uwagę od innych ważnych tematów, o które walczyły wówczas sufrażystki.

I dopiero pod koniec XIX wieku, w okresie rewolucji rowerowej, bloomerki powróciły już jako strój sportowy. Zaadoptowały go cyklistki. Samo pojawienie się roweru zmieniło ówczesną obyczajowość. Dla skonwencjonalizowanego społeczeństwa rower był “diabelskim” wynalazkiem, dla kobiet zaś “maszyną wolności”. Niektórzy lekarze odradzali jazdy na nim, gdyż twierdzili, że sport ten rozregulowuje cykl miesiączkowy i rozbudza kobiety seksualnie. A tymczasem rower najzwyczajniej w świecie pozwalał kobietom swobodnie się przemieszczać i tym samym wyrwać z narzuconych schematów zachowań.

“Bloomer Club Cigars”: opakowanie pudełka na cygara z 1890 roku z subtelną karykaturą bloomerek.

A teraz o Was – kim poznańskie bloomerki?

Bloomerki są grupą rekonstrukcji herstorycznej. Chciałabym, aby poza naszą działalnością, przerodziły się w niezależny ruch. Aby w 100-lecie praw kobiet bloomerki stały się najpopularniejszym krojem spodni w sezonie jesiennym i to nie z powodu uwielbienia dla mody, ale w związku z potrzebą opowiedzenia kobiecym głosem własnej historii. Bloomerki są symbolem łączącym nas – współczesne kobiety – z tymi, które działały na początku ruchu emancypacyjnego.

Zainicjowałaś grupę rekonstrukcyjną bloomerek, skąd się wziął pomysł?

Z poszukiwania własnych korzeni i fascynacji zjawiskami, jakie miały miejsce pod koniec XIX wieku. Z analogii, jakich doszukuję się pomiędzy tym, co dzieje się teraz a tym co działo się ponad 100 lat temu. Mam wrażenie, że pewne schematy historii powróciły. Te nasze współczesne bolączki przypominają świat przełomu XIX i XX wieku – nieokiełznany postęp technologiczny, gospodarka wolnorynkowa, wędrówki ludów, hipokryzja obyczajowa. Społeczeństwo wówczas nie nadążało za tymi zmianami (podobnie jak teraz)… Belle Epoque – bo o tym okresie mówimy – to okres pełen sprzeczności… Z jednej strony kobiety cierpiały w gorsetach, z drugiej zaczynały nosić spodnie, z jednej strony były bezwolne, z drugiej – mogły być sprawcze…

Reklama “Elliman’s Universal Embrocation” w magazynie The Graphic, z roku 1897.

Proszę sobie wyobrazić, że wówczas kobiety nie dość, że swoją aparycją miały przypominać dzieła sztuki, to jeszcze były za to karane mandatami. W Poznaniu kobiety płaciły mandaty za nieumiejętność noszenia sukien! Modnych wówczas sukien powłóczystych, za którymi ciągnał się kawał materiału i tym samym na drogach unosiły się tumany kurzu. Co w “porzundnym” Poznaniu było nie do przyjęcia. To dopiero przykład opresji ze strony kultury. I właśnie bloomerki i rower stanowią ówczesne skowronki nadchodzących zmian. Zmian, które były nieuniknione.

Jak zaczynałyście?

Wszytko zaczęło się rok temu podczas prowadzonej rewitalizacji Szeląga i pikniku historycznego. Wtedy po raz pierwszy wystąpiłyśmy w strojach cyklistek, z założeniem, że rozwiniemy ten projekt w roku 100-lecia praw kobiet. Tak naprawdę jesteśmy na początku drogi. Póki co, nasze działania ogniskują się wokół popularyzowania samych bloomersów i roweru jako symboli XIX-wiecznej emancypacji kobiet. Chcemy poprzez to opowiedzieć historie pierwszych bloomerek i cyklistek. W tych strojach z epoki zaszyfrowany jest bowiem kod kulturowy. Warto go odczytać i przypomnieć o co walczyły kobiety, ponad 100 lat temu, oraz że ich hasła na wielu poziomach niewiele różnią się od naszych. A poza tym chcemy edukować, prowadzić badania naukowe, odkrywać historie kobiet (herstorie) i działać performatywnie.

W grupie nie jesteś oczywiście sama, kto jeszcze nosi bloomerki i jeździ na bicyklu?

Grupę stworzyłam z sąsiadkami, z czasem dołączyły kolejne osoby i cały czas jest miejsce dla chętnych. A kim jesteśmy? Mamy różne zawody i wykształcenie, są wśród nas etnolożki, pracownice administracyjne, anglistka, menadżerki. Mamy różne pasje, jak historia, fotografia, rower, bieganie, ogrodnictwo. Ot, różnorodny świat kobiet.

Zdjęcie: Ewelina Jaśkowiak

Rowery, reformy, wolność. Te działania wymagają dużego nakładu czasu i pracy. Co Was motywuje?

To, że możemy wpływać na rzeczywistość. Edukować i uświadamiać. Poza tym, każda z nas niezależnie ma pewnie jeszcze inne cele i priorytety. Ale łączy nas jedno – jesteśmy kobietami i chcąc nie chcąc, na poziomie kultury dzielimy wspólny los.

Wasze plany na ten rok?

Zapraszamy 27 maja na piknik bloomersów do Parku Szelągowskiego w Poznaniu od
g. 14:00. To gratka dla rowerzystów i cyklistek, będzie można zobaczyć kolekcje zabytkowych rowerów i poznać ich historię. W Mobilnej Pracowni Krawieckiej uszyć gadżety rowerowe, a w Fotograficznym Atelier zrobić sobie zdjęcie w kostiumach z epoki. Poza tym, chciałybyśmy zorganizować Rajd Bloomersów jesienią w okolicy jubileuszu 100-lecia Praw Kobiet. Taki wielki piknik w centrum miasta z koncertem muzycznym, bowiem udało mi się odkryć XIX-wieczne kompozycje zainspirowane pojawieniem się bloomersów i roweru. Cudownie byłoby gdyby udało nam się znaleźć chętne instytucje, które wsparłyby nasze działania.

Bloomerki świata – Annie Dawson Wallace w Sydney, 1899

Czyli jest co robić. Jak ważna jest, według Ciebie, realizacja celów i projektów dla kobiet?

Odpowiem na swoim przykładzie: przez wiele lat przyglądałam się rzeczywistości, oceniałam, krytykowałam, wątpiłam. Jednak przyszedł taki czas, że obywatelsko dojrzałam, że chciałam wziąć odpowiedzialność za to, co dzieje się na moim blokowisku, w mojej okolicy… Bo to przecież my, obywatele i obywatelki, swoją aktywnością lub – co gorsza – biernością, odpowiadamy za to co dzieje się w naszym kraju. Od 100 lat kobiety mają prawa wyborcze, ale nie potrafiły ich wykorzystać by stworzyć zabezpieczający je system. A to przecież my, kobiety-obywatelki, możemy wpływać na rzeczywistość i ją kształtować. Nie musimy być szyjami naszych mężów, partnerów, instytucji, korporacji, możemy być sprawcze tu i teraz. Zacznijmy choćby od działań na wspólnotowym podwórku…

Dlatego dopinguję wszystkie projekty, które wnoszą wartość w życie społeczne. Tym bardziej, że kobiety są cały czas jego  najważniejszym spoiwem. Nie da się przecież  “wyabstrahować” kobiety wolnej od systemu patriarchalno-społecznego. Kobiecość jest definiowana przez role jakie kobieta pełni w systemie. Kobiety wyłamujące się wzorom kulturowym, często nieświadomie przyjmują postawę i wzorce zachowań patriarchalnych, bo innych nie ma, nie zostały wykształcone, a może zostały zapomniane?

Wydaje się, że mężczyznom rodzicielstwo nie przeszkadza w karierze zawodowej, ale my kobiety często mamy trudniejszą sytuację. Jesteś mamą czynną zawodowo – jak udaje Ci się połączyć te role?

Przyznaję, że byłam na takim etapie życia zawodowego, że nie udało mi się połączyć moich wyobrażań o karierze w newsroomie z macierzyństwem. Mam dwie córki urodzone rok po roku. I fizycznie nie dawałam rady. Teraz, kiedy patrzę wstecz, to widzę, że wówczas moje macierzyństwo na wielu poziomach było “samotne”, a obecnie, zgodnie z nową nomenklaturą, jest “samodzielne”. I przyznaję, wymaga elastyczności umysłu, ciała i ducha. To, co w tym wszystkim jest najważniejsze to fakt, że to właśnie potrzeby dzieci rozbudziły we mnie uśpioną społeczniczkę i zaprowadziły pod blok ogrodzonego osiedla, ze szlabanem i ochroną. I tak zaczęła się mini-rewolucja.

I choć nie udało mi się zrobić kariery w rozumieniu wolnorynkowym (poprzez pracę zawodową i pieniądze), to udaje mi się realizować pomysły i idee na poziomie społeczności lokalnej. To jest mój żywioł. To jest moje bogactwo. Bo to tu spotykam niezwykłych ludzi. Począwszy od sąsiadów z Wilczaka i Serbskiej, po miejskich aktywistów, radnych i społeczników.

A kiedy pytam siebie o marzenia zawodowe sprzed lat… to myślę sobie, że jeszcze przyjdzie czas na ich realizację. I chce w to wierzyć… A póki co ważniejsze jest dla mnie kształtowanie rzeczywistości i edukowanie młodego pokolenia, dla którego życie społeczne i obywatelskie miałoby nadrzędną wartość.

Zdjęcie: Ewelina Jaśkowiak

Z wykształcenia jesteś etnolożką, interesuje Cię historia oraz społeczności sąsiedzkie. Czym jest Mobilny Dom Kultury Wilczak?

Mobilny Dom Kultury Wilczak to idea, która wyrosła ze wspólnoty sąsiedzkiej i wspólnego losu zgotowanego przez nieumiejętnie zaaranżowaną przestrzeń mieszkalną. Na naszym blokowisku więcej miejsca zajmują samochody aniżeli place zabaw czy przestrzeń wspólna. Mamy płot, szlaban i ochronę. Nota bene, to właśnie zatrudniony ochroniarz podłożył trzykrotnie ogień w garażach podziemnych i spowodował olbrzymi pożar. Różnimy się jako mieszkańcy, jedni chcą się grodzić, inni likwidować mury. Część z nas ma silną potrzebę prowadzenia życia sąsiedzkiego. Ważnym motorem napędowym zmian są właśnie dzieci – to one nas zjednoczyły. Nasza integracja zaczęła się banalnie – od wspólnego śniadania, jajecznicy i naleśników na skwerku. Wtedy chodziło o wzajemne poznanie się. Nasze dzieci wchodziły wówczas w okres szkolny i zaczynały samodzielnie eksplorować podwórko. A rodzice zainicjowali Mobilny Dom Kultury Wilczak – oddolną inicjatywę, która nie miała siedziby, miała jedynie potencjał ludzki, który był i jest jego siłą napędową. Wówczas mamy i ojcowie oddolnie organizowali różne wydarzenia kulturalne czy imprezy sąsiedzkie na podwórku. Teraz MDK Wilczak to stowarzyszenie. A my, dorośli, spotykamy się i bawimy częściej poza blokowiskiem na Szelągu, bo Wilczak należy do dzieci, to one rządzą na podwórku i osiedlowych uliczkach. Podobnie jak my w czasach PRLu. I to jest piękne.

Szeląg! Poznań jest, wbrew pozorom, bardzo zielonym miastem – to spuścizna po pruskich urbanistach. Co robisz w Parku Szelągowskim?

Szeląg to kolejna moja fascynacja. To miejsce, które 100 lat temu tętniło życiem, a z czasem stało się zapomnianą enklawą. To miejsce, które intryguje, bo kryje w sobie tajemnice, pozostałości murów i stare drzewa, które rozbudzają wyobraźnię, kryją niewypowiedziane historie. Dzisiaj to park, dawniej kulturalne miejsce Poznania. Po czasach świetności nie ma dzisiaj śladu. Ludzie się wyprowadzili a piękne zabudowania i strzelnica zniknęły w latach 60-tych. Ja teraz staram się odszukać dawnych mieszkańców i spisać ich historie. Mam nadzieję, że wyjdzie z tego ciekawa opowieść. I Szeląg odzyska tożsamość i dawny blask. Poza tym, od trzech lat w ramach stowarzyszenia, prowadzimy przemyślaną rewitalizację społeczną na Szelągu. Dla nas, mieszkańców Wilczaka i Serbskiej, teren położony nad Wartą i Park Szelągowski są naturalnym miejscem spacerów. Dla naszych dzieci to miejsce zabaw i narodzin dziecięcego folkloru, to miejsce gdzie rośnie lisie drzewo i znajduje się kamienny krąg. To nasza mała ojczyzna, chcemy ją lepiej poznać i o nią dbać. Dlatego działania MDK Wilczak głównie koncentrują się na organizowaniu spacerów zielarskich nad Wartą, koncertów w Parku czy zabaw i rekonstrukcji historycznych, podczas których obecni mieszkańcy mogą wcielić się w bywalców Szeląga sprzed wieku i namacalnie poznać historię tego miejsca.

Realizujesz wiele projektów związanych z kulturą, lokalną tradycją i specyfiką miejsc we współpracy z innymi grupami i stowarzyszeniami. Jak wygląda ta współpraca w Poznaniu? Wiadomo, że poznaniacy są gospodarni, ale czy umieją jednoczyć się we współpracy?

Tym poznaniakom, których znam, idea samorządności jest bardzo bliska… to właśnie tu, w Poznaniu zrodziło się wiele oddolnych ruchów społecznych, choćby “My Poznaniacy”. To właśnie społecznicy, radni, aktywiści i pasjonaci zmieniają to miasto. Potrafią się organizować i działać… Oczywiście konflikty wewnętrzne w takich działaniach często burzą te struktury, ale mimo to fakt, że udaje im się inicjować społeczny ferment i rozbudzać społeczną świadomość to ich olbrzymia zasługa, ich zwycięstwo…

W ramach stowarzyszenia i poza nim, współpracuję z różnymi stowarzyszeniami, aktywistami i pasjonatami, radnymi. Zdarza się, że mamy różne poglądy i pomysły na dojście do celu ale – koniec końców – przyświeca nam ta sama idea. Uwielbiam ten żar, który tli się ludzkich umysłach. I pomimo różnych wizji, konfliktów i rozbieżnych poglądów chce prowadzić dialog i działać. Bo to właśnie ta różnorodność i ludzie-pasjonaci, spotkani na mojej drodze, są moim bogactwem.

Otrzymaliście dofinansowanie z miejskiego programu Centrum Warte Poznania na realizację projektu Parada Sobótkowa. Poznańskie Wianki – co się będzie działo?

Parada Sobótkowa to poznańska tradycja, którą udało się przywrócić. Ja rzuciłam iskrę, reszta potoczyła się lawinowo. To wszystko dzieje się dzięki olbrzymiemu zaangażowaniu MDK Wilczak, radnych, wodniaków, klubów sportowych, urzędników i dzięki postawie wiceprezydenta Mariusza Wiśniewskiego, któremu idea rewitalizacji rzeki Warty jest bardzo bliska. To również – co dla nas kluczowe – zasługa konkursu Centrum Warte Poznania – to formuła, która pozwala mieszkańcom realizować ich marzenia. Cieszę się, że od trzech lat udaje się tę ideę kontynuować.

Dziękujemy za rozmowę!

Rozmawiała Anna Krenz

Zdjęcie: Ewelina Jaśkowiak