Sylwetka | Lucyna Marzec

Dr Lucyna Marzec

pracuje w Instytucie Filologii Polskiej UAM na stanowisku adiunkta. Autorka monografii Po kądzieli. Gatunki pisarstwa feministycznego Jadwigi Żylińskiej (2014) i edycji Listów Kazimiery Iłłakowiczówny do siostry Barbrary Czerwijowskiej (2014), współredaktorka kilku tomów zbiorowych (m.in. Poznań pisarek i pisarzy, 2016; Twórczość niepozorna. Szkice o literaturze, 2015) oraz Wielkopolskiego alfabetu pisarek (2012). Prowadzi zajęcia na polonistyce, filmoznawstwie i podyplomowych gender studies. Współpracuje z Interdyscyplinarnym Centrum Badań Płci i Tożsamości Kulturowej UAM. Redaktorka „Czasu Kultury” ( w tym numerów tematycznych: Widma (2013), Cyfrowa humanistyka/ Game Studies (2015), Na rowery! (2016), Archiwum prywatne (2017)

ONEPoznan: Jesteś feministką, naukowczynią, badaczką, animatorką kultury, kuratorką. Co było tym momentem, w którym zdałaś sobie sprawę, że głos kobiet wciąż wymaga nagłośnienia, przywrócenia, promowania i w którym postanowiłaś poświęcić temu swoje zawodowe życie?

Lucyna Marzec: Nie pamiętam takiego momentu olśnienia. Światopogląd wytwarza się w procesie i z czasem transformuje. Z krytyką feministyczną zapoznałam się na pierwszym roku studiów, dalej jakoś poszło… Ważne były osoby, z którymi od początku studiów współpracowałam i od których uczyłam się: Ewa Kraskowska, Agnieszka Gajewska, Błażej Warkocki, i oczywiście mój ówczesny krąg znajomych ze studiów: Adriana Kovacheva, Agnieszka Kozłowska, Magdalena Bednarek, Joanna Bednarek… Z Agnieszką Kozłowską założyłyśmy Genderowe Koło Literaturoznawcze i krąg osób i impulsów myślowych poszerzał się z lokalnego na coraz szerszy. Do teraz osoby, które poznałam na pierwszych konferencjach Koła, działają, wydają książki, mają wpływ i insprują: na przykład Agnieszka Mrozik, Monika Świerkosz, Joanna Ostrowska, Maciej Duda. Wytworzyła się wtedy pewna atmosfera intelektualna, związana z gender studies i krytyką feministyczną, zaczynami queer studies w Polsce. Nie widziałam ciekawszej drogi rozwoju niż wejście właśnie w ten obszar badań. 

Od kilku lat przywracasz poznaniankom ich miejsce w historii. Organizujesz spacery herstoryczne, piszesz książki, robisz wystawy o sławnych poznaniankach lub kobietach które z naszym regionem były związane (Kazimierze Iłłakowiczównie, Jadwidze Żylińskiej, Julii Woykowskiej i innych) – czym jest dla Ciebie dzisiaj ten „kobiecy Poznań”?

Jest „przypominaną historią połowy ludzkości”. Ważnym elementem tradycji. I fascynującą przygodą intelektualną osadzą w konkretnym miejscu.

Jesteś współautorką i redaktorką „Wielkopolskiego Alfabetu Pisarek”. Czy jest coś co wyróżnia lub wyróżniało wielkopolskie pisarki na tle koleżanek z pozostałych regionów?

Nie wiem! Nie ma przepisu na wielkopolską pisarkę, która różniłaby się od pisarki małopolskiej, prowansalskiej czy westfalskiej. Dlatego tytuł książki brzmi „Wielkopolski alfabet pisarek” a nie „Alfabet pisarek wielkopolskich”. Zależało nam – Ewie Kraskowskiej i całemu zespołowi, pracującemu nad alfabetem, aby opowiedzieć wiele historii różnych kobiet zamieszkujących w różnym czasie ten sam region. Takie ujęcie pozwala na stworzenie alternatywnej historii przekrojowej dziejów literatury – od średniowiecza do współczesności, bo ukazuje postaci peryferyjne, a jednak mające związek z centrum. Czy to centrum jako przestrzeni, czy to jako rozpoznanej i oczywistej opowieści.

 

Gdybyś miała na chwilę zastanowić się jak sama chciałabyś być opisana jako zasłużona Wielkopolanka przez kolejne pokolenia badaczek, jaka definicja Lucyny Marzec najbardziej by Cię ucieszyła?

Epitet „zasłużona” onieśmiela mnie i dystansuje do swojej działalności, której na co dzień nie charakteryzuję tak jakby była zamkniętym etapem życia. Każesz mi myśleć o sobie jak o umarłej! Gdybym jednak miała dać jakieś wskazówki „późnym wnuczkom”, to chciałabym, żeby nie zapomniały, że aktywizm (w tym akademicki) jest sieciowy i polega na współpracy wielu osób. Nie działa się w pojedynkę, nie myśli się samotnie. Większość moich aktywności ma charakter współpracy, a ja jestem tylko jednym elementem większej układanki.

Zdjęcia z wernisażu wystawy „BEZ KOMPROMISÓW! JULIA WOYKOWSKA W XIX-WIECZNYM POZNANIU” w Bramie Poznania (8.04 – 24.06.2018), fot. Łukasz Gdak, © CTK TRAKT

Rok stulecia uzyskania praw wyborczych przez kobiety uświadamia nam jakich cudów dokonały nasze prababki, a jednocześnie jak wiele kobiet nadal nie potrafi i nie chce czerpać z ich zdobyczy. Te wszystkie „jestem feministką, ale…” lub „nie chcę brzmieć jak jakaś radykalna feministka…” itd. sprawiają wrażenie, że same sobie ciągle jeszcze strzelamy w kolano. Co robimy nie tak, my feministki, że budujemy obraz zniechęcający tak wiele kobiet do identyfikacji z feminizmem?

Myślę, że mamy prawo dystansować się do wszelkich projektów tożsamościowych. Nie warto mieć za złe nikomu, że stawia zastrzeżenia i że nie chce się utożsamiać z jakimś konkretnym światopoglądem, zwłaszcza wtedy, gdy nie ma czasu ani ochoty go studiować, a korzysta z tego, co dostępne: mediów i własnego doświadczenia. Mnie feminizm właśnie tego nauczył, że mogę powiedzieć „ale”. Dzięki temu „ale” istnieje np. teologia feministyczna i feminizm marksistowski, a także teorie oraz praktyki postpłciowości.

Wystawie sprzed kilku miesięcy „Bez kompromisów! Julia Woykowska w XIX-wiecznym Poznaniu”, której byłaś kuratorką – przedstawiającej poznańską emancypantkę, działaczkę społeczną i prowokatorkę – towarzyszyły  warsztaty. Zadawałaś na nich Poznaniankom i Poznaniakom pytania o to ile idee Woykowskiej znaczą dla nich dzisiaj i jak je rozumieją. Możesz powiedzieć kilka słów o tym czego się dowiedziałaś o potrzebach i postawach współczesnych poznanianek?

Warsztaty prowadziły współczesne artystki i aktywistki, mieszkające w Poznaniu: Zofia Nierodzińska, Agnieszka Różyńska, Maja Staśko, Olga Beyga. A uczestniczkami warsztatów były uczennice poznańskich szkół średnich („Marcinka” i klasy fotograficznej Technikum Łączności). Ja sama też w nich uczestniczyłam, więc i sobie zadawałam te pytania i nie traktowałam innych uczestniczek jako grupy do obserwacji. Nie mogę też zdradzać tajemnicy naszych warsztatów. Ale mogę powiedzieć, że część idei Woykowskiej już dawno się zdezaktualizowało, że jej hasła feministyczne czy patriotyczne trącą myszką. Na szczęście. Bo oznacza to, że jednak mamy więcej swobód niż poznaniacy w latach 40. XIX wieku. To, co jest nadal aktualne, to raczej to, jak zbiorowość traktuje kontrowersyjną wolnomyślicielkę: wyklucza, włącza na równych zasadach, próbuje asymilować? Z drugiej strony mamy twórczość literacką Woykowskiej niby zapomnianą, pokrytą warstwą kurzu: okazuje się jednak, że może silnie rezonować w tej chwili, tu i teraz. Wiem, że wiele osób było poruszonych reportażem Woykowskiej o warunkach życia w domu dla psychicznie chorych w Owińskach. Zyskaliśmy taką wrażliwość i stopień empatii, aby widzieć, jak nierówności społeczne przekładają się na stan życia ludzi, których łączy choroba. Sama choroba bywa rezultatem niedostosowania do ustalonego społecznie świata. Woykowska widziała to obserwując pierwszą taką placówkę w Wielkopolsce. Trudno zignorować jej uważność i głębię refleksji. Ale największą niespodzianką było dla mnie, jak poemat Woykowskiej pt. „Żona księżycowa” odnalazł swoją czytelniczkę, poetkę i artystkę, Biankę Rolando, która wczytała się w ten hermetyczny i tajemniczy tekst i uczyniła jego bohaterkę – jedną z bohaterek swojej najnowszej książki pt. „Stelle”. Książka ukaże się wiosną w druku i będzie jej towarzyszyć wystawa. Jeśli można mierzyć wpływ wystawy taką miarą – to się udała, a wielki wysiłek całego zespołu włożony w nią miał sens. (więcej o wystawie i jej bohaterce przeczytacie w z Lucyną Marzec w Dzikhi Bit)

fot. Weronika Zawadzka

 O co walczy Lucyna Marzec jako osoba prywatna? Co dla Ciebie samej jest we własnym życiu warte poświęceń i walki?

Najczęściej walczę z czasem, by się ze wszystkim wyrobić i mieć jeszcze chwilę odpoczynku dla siebie i bliskich. Warto dbać (a czasem walczyć) o najbliższe relacje, przyjaźnie i czas na regenerację.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Jola Kazimierowicz