Upadek kobiety? | RELACJA | Michał Idziak

Upadek kobiety?

Michał Idziak

Kobietę upadłą, ale przez patriarchalne odepchnięcie mężczyzny, znienawidzoną przez tradycję, ale tradycję mężczyzny, okaleczoną przez ciało, swoje własne, ale należące do mężczyzny – na pewno tej kobiety nie podniesie spektakl Mujeres – Kobiety, 16 marca 2018 roku w poznańskiej Winiarni pod Czarnym Kotem.

Ponieważ sam leży. Niesamowicie schematyczny. Kobiety po jego obejrzeniu (chociaż tu: raczej doświadczeniu) mogły przestać być feministkami i zacząć chodzić na białe protesty. Tak, kobiety przedstawione przez aktorki leżą (mentalnie, należy się domyślić), ale też naturalnie – fizycznie. Oczywiście, leżenie nie może być leżeniem we współczesnej sztuce. Tu wszystko jest kontestacją (tego słowa należy użyć; jest niezwykle artystyczne) wartości tradycyjnych – czytaj: patriarchalnych, czyli: stawiających kobiety na drugim planie w życiu publicznym, a w życiu prywatnym najczęściej w kuchni. Nie można wyjść poza schemat – rysuje on w wielkim skrócie działalność feministyczną. Ale na pewno można ciekawie go przedstawić. To nie było ciekawe przedstawienie.

Zarówno koneser teatru, jak i widz niedzielny po pierwszych czterech minutach spektaklu będą chcieli go opuścić. Nic z tego. Z niewiadomych przyczyn (albo z kontestacji patriarchalnej rzeczywistości) drzwi wyjściowe z sali były zamknięte, gdy ubolewające nad losem innych kobiet kobiety postanowiły opowiedzieć mi oraz innym słuchaczom historię. Historia prześladowanej matki, historia prześladowanej córki, historia prześladowanej suczki tej córki, oraz on, władca autorytarny – świadomy swojej szalenie seksistowskiej wizji świata ojciec, mąż, szef, chłopak, wykorzystujący swoją przewagę fizyczną do zwierzęcego dominowania nad kobietą. Wszystkie te historie opowiedziane zostały w sposób bardzo tradycyjny.

Tymczasem spektakl (współczesny) zaangażowany, powinien (musi!) angażować w swoją performansową rzeczywistość odbiorcę. Dlatego aktorki – personifikacje dramatów kobiecych z całego świata, zanurzonego w kulturze Zachodu – na różne sposoby (werbalne i niewerbalne) wchodziły w interakcje z niczego niespodziewającym się mężczyzną siedzącym najbliżej sceny. Oczywiście, wszystko obyło się bez patriarchalnych reakcji ze strony zaczepianych. Wręcz przeciwnie: z uśmiechem i brawami zakończył się występ, który zasługiwał na uśmiech. Ale nie na uśmiech podziwu, lecz raczej uśmiech kochających rodziców, widzących pierwsze kroki swojego dziecka.

Cóż, nie udało im się zaangażować innych widzów (mnie – na pewno nie). Moja krytyka dotyka przede wszystkim konwencjonalności spektaklu. Bo temat tak ważny i drażliwy, jak problem kulturowego ucisku kobiet, powinien być zrealizowany w dziele, które zwyczajnie będzie ciekawe.

Na pewno nie można odmówić aktorkom talentu aktorskiego. Ale nikt nie będzie zachwycał się malutkim dzieckiem, jeśli nie potrafi chodzić. Podobnie jest z talentem aktorskim. Traci swoją wartość, gdy nie potrafi się spełnić w znakomitej historii…

Spektakl się zakończył, ludzie poszli napić się wina, a kobieta wciąż leży – spektakl jej ręki nie podał.