Wolne Głosy: Aleksandra Dzierzkowska

ALEKSANDRA DZIERZKOWSKA
zwyciężczyni maratonu w Nowym Jorku w kategorii kobiet w wieku 55-59 lat w 2018 r.. Od ponad 28 lat jest nauczycielką wychowania fizycznego w Sportowej Szkole Podstawowej nr 14 w Poznaniu. Przez 18 lat trenowała zawodowo wioślarstwo i reprezentowała Polskę na Uniwersjadzie w Zagrzebiu, w Duisburgu, na Mistrzostwach Świata w Wiedniu i Racicach. Ukończyła dwanaście maratonów, a w planach ma kolejne cztery. Zamierza je przebiec w czasie 3h i 15min lub lepszym.

Jeszcze parę lat temu, gdyby ktoś mi powiedział, że wygram maraton w Nowym Jorku, w swojej grupie wiekowej, to bym się popukała w głowę. Dziś wiem, że trzeba marzyć o pewnych rzeczach i nawet jeżeli się tego nie wyartykułuje, to gdzieś w środku mieć to marzenie i powoli do niego dążyć. Iść swoimi ścieżkami, nie patrząc na innych, na to co inni mówią, co robią, tylko robić swoje i realizować to. I to jest chyba najważniejsze – żeby mieć  cel.

Zaczęłam biegać około 10 lat temu, mając 45 lat, ale sport towarzyszył mi od dziecka. Miałam szczęście do rówieśników, którzy chcieli się ruszać i którzy wciągnęli mnie do klubu wioślarskiego. 18 lat trenowałam zawodniczo.

W wioślarstwie przeszkodą był jednak mój niski wzrost. Wyobrażałam sobie, że wynik wystarczy żeby dostać się do kadry, natomiast okazało się, że tutaj decydowały centymetry. A ja byłam za niska i dopóki nie wprowadzono kategorii wagi lekkiej, to mogłam mieć medal na mistrzostwach Polski, ale do kadry mnie w ogóle nie powoływano. Ze względu na wzrost! Pamiętam, że to mnie wtedy bardzo bolało. Tak samo intensywnie trenowałam, a nawet mocniej niż inne, wyższe koleżanki, byłam od wielu z nich lepsza, a mimo to – nie startowałam w czwórce. „Nie byłam perspektywiczna”. Ta dyskryminacja i przeciwności motywowały mnie jednak tylko do walki, mówiłam sobie: „ja im jeszcze pokażę, mogę wygrywać z tymi wysokimi”! Kiedy więc wprowadzono wagę lekką pomyślałam, że to wreszcie coś dla mnie. Bo nagle nie wzrost, tylko waga decydowała o starcie, a że wagowo mieściłam się w wyznaczonych ramach, to mogłam być w reprezentacji. I nawet kiedy później znowu dobierano osady według wzrostu, to ja broniłam się wynikami. To doświadczenie pokazało mi, że trzeba walczyć. Nauczyło mnie też, żeby dawać szansę innym – tym, którzy mają jakieś ograniczenia – żeby się realizowali, spełniali, mieli z tego radość i wiedzieli, że praca, którą wkładają nie idzie na marne, tylko procentuje.

 

Od wioślarstwa do biegania wcale nie jest tak daleko. Bieganie jest sportem uzupełniającym i było cały czas ze mną. Po urodzeniu syna musiałam odstawić sport na nieco dalszy plan, ale po kilkunastu latach wróciłam i do wioseł i do biegania. Brakowało mi czegoś, więc zaczęłam chodzić regularnie na treningi i ta regularność spowodowała, że pojawiły się pierwsze efekty. Zaczęłam także biegać w grupie po to, żeby być wśród ludzi. Człowiek dużo się dowiaduje o innych rozmawiając z nimi na treningu.

Jestem osobą zadaniową. Jak wiem, że są zadania to zrobienia, że jest praca – to pracuję. Po prostu mam to w głowie poukładane, wiem, co chcę zrobić i nie ma przeciwności – trzeba je pokonać. Siła jest w umyśle. A jak się pojawiają słabości, to bardzo mnie motywują słowa trenera. Jeżeli widzę, że mój trener wierzy we mnie, jeżeli mówi, że jestem przygotowana nawet na lepszy wynik, niż ten, który spodziewam się osiągnąć, to jest to dla mnie ważne. To duża motywacja. Poza tym to, że ktoś mnie obserwuje, dla kogoś jest ważne, że biegnę, że chcę osiągnąć jakiś wymarzony czas, słowa „ty to zrobisz!”, taka zewnętrzna motywacja, zewnętrzny bodziec są bardzo pomocne. Kiedy podczas ostatniego maratonu w Nowym Jorku, na 38km doszłam do ściany to powtarzałam sobie te wszystkie hasła: „ból to ściema”, „ból przeminie, a sława pozostanie”, a także słowa trenera: „musisz się nauczyć cierpieć, bo maraton to jest cierpienie, musisz się nauczyć cierpieć”. Dobrze, że mi wyszło. Myślę, że bym się załamała, gdybym nie pobiegła tych 3:15. Może wtedy powiedziałabym sobie, że jestem już chyba za stara i zaczęła sobie wyznaczać mniejsze cele? Po wygraniu maratonu stwierdziłam jednak, że skoro tak dobrze mi poszło, to trzeba iść za ciosem i zrobić całą szóstkę tych największych maratonów. Ale żeby nie było za łatwo, to postanowiłam pokonać je w czasie 3:15, albo i lepszym. Berlin już mam, Nowy Jork też. Przede mną Boston, Chicago, Londyn i Tokio.

 

To nie jest tak, że biegam tylko po to, żeby mieć wyniki. Bieganie samo w sobie jest przyjemnością. Biegam, bo lubię. Bez ruchu nie wytrzymałabym długo, a najłatwiej jest po prostu założyć buty i pójść do lasu pobiegać. Wierzę, że dopóki będę się ruszać to zdrowie będzie mi dopisywać. Trzeba się ruszać, trzeba to robić z głową, oczywiście jak ktoś ma jakieś dolegliwości, to musi być pod kontrolą lekarza, ale nie można nagle przestać ćwiczyć, szczególnie jeśli cały czas było się aktywnym fizycznie. Lubię się zmęczyć, spocić i czuć, że wszystko mnie boli. Wielkim wyzwaniem dla mnie jest zawsze obóz biegowy w górach, bo podbiegi sprawiają mi z reguły najwięcej kłopotów. Ale wiem, że temu muszę właśnie poświęcać najwięcej uwagi.

Żeby iść do przodu i podnosić swój poziom sportowy trzeba przekraczać swoją strefę komfortu. Jeżeli się czegoś podejmuję to ma to dla mnie znaczenie. Praca nad głową jest wtedy najlepsza. Wiele pomysłów wpada do głowy właśnie podczas treningów, kiedy mózg jest dotleniony. Świetnie określił to Rafał Fronia, himalaista, pisząc że „umartwiając ciało – uwalniamy myśli”.

 

W życiu codziennym nie jestem typową perfekcjonistką. Jeśli chodzi natomiast o bieganie to czasami trudno mi odpuścić, bo wiem że będą mówić „ona się już skończyła”, jak zobaczą na przykład że mam słabszy czas. Czasami mnie trochę porusza to, co mówią inni, ale coraz częściej przestaję się tym przejmować, bo mówią to zwykle osoby, które same osiągnęły niewiele. Nie rozumiem dlaczego to robią, jakby chciały mnie zastopować w działaniach. Nie wiem, czy zazdroszczą wyników, czy mojej determinacji. Są ludzie, którzy nie wierzą we mnie albo próbują mówić, że za dużo się poświęcam bieganiu, a zaniedbuję inne aspekty życia. Nie wiem, może jest w tym trochę prawdy. Natomiast jestem przekonana, że od pewnego momentu w życiu musimy walczyć o własne potrzeby. Warto jest poświęcić sobie ten czas, żeby dojść do pewnego poziomu i coś osiągnąć, by później móc się z tego cieszyć i być inspiracją dla innych. I trzeba sobie też uświadomić, że nie zawsze na wszystko mamy wpływ.

 

Sport kształtuje charakter i jest ważny w tworzeniu nawyków, szczególnie u dzieci. Systematyczność, punktualność, dążenie do celu i perfekcjonizm w wykonywaniu tego co się robi – tego między innymi uczy sport. Jest bodźcem do pracy nad sobą i pokazuje tę zależność, że aby osiągnąć jakiś wynik należy wykonać odpowiednią pracę, a jej efektem będzie właśnie ten rezultat.

Z całą pewnością mogę nazwać się wojowniczką. Nie lubię ścigać się z kimś. Cenię  rywalizację z samą sobą, ze swoimi czasami, ze swoimi wynikami. Walczę z myślami, żeby nie odpuszczać, żeby pójść na trening jak jest brzydko, zimno czy jestem po ciężkim dniu. Walczę ze swoim lenistwem. Czasami mało w siebie wierzę i potrzebuję tej zewnętrznej motywacji. Tak jak każdy mam chwile słabości. Z drugiej strony – widzę to z perspektywy lat – że jestem przekorna i im więcej przeciwności napotykam, im jest trudniej, tym bardziej się staram i dążę by osiągnąć swój cel. Najlepsi zawodnicy wyrastają w spartańskich warunkach. Im ciężej i trudniej z zewnątrz, tym silniejszy zawodnik i lepsze wyniki. Sukces się rodzi w bólu i cierpieniu. Czasami trzeba się postawić i iść pod prąd. Trzeba być bardzo konkretnym, usystematyzowanym i trzymać się planu. Cel nas prowadzi, wyznacza nam kierunek. Chcieć to móc. Nie ma rzeczy niemożliwych do wykonania.

Jestem normalnym, typowym człowiekiem, tyle że z pasjami.

Wysłuchała: Jola Kazimierowicz