Wolne Głosy: Kalina Olejniczak

N° 07/2018

KALINA OLEJNICZAK
Kalina Olejniczak, dziennikarka, przez wiele lat związana z Radiem Merkury, obecnie pracuje w wydawnictwie Abrys. Prowadzi liczne spotkania autorskie i debaty. Jest aktywistką Givebox Poznań oraz AFS Polska.

Kiedy myślę o miejscu w jakim jestem w swoim życiu teraz, to widzę, że  nie znalazłam się w nim przypadkiem. Wiele wyborów, napotkanych ludzi, historii, idei, książek, rozmów… gdyby zapleść je w jeden warkocz, to na jego końcu, tak czy owak, byłabym tu, ja A.D. 2018.

Przyniosło mnie w to miejsce społecznikowskie zaangażowanie poprzednich pokoleń, moich dziadków nauczycieli, aktywnych do później emerytury, moja aktywność w trójkach klasowych najpierw jako uczennicy, a potem mamy, wreszcie kontrkultura i ruch DIY (do it yourself),
w których wyrosłam.

Czy miał na to wpływ sam Poznań i jego klimat? Poznań oskarżany wielokroć o skostniały konserwatyzm, mentalną ciasnotę i brak szaleństwa? Wygląda jednak, że trochę tak. Ale to Poznań inny – ten, do którego centrum wróciłam z przedmieść przed 10 laty. Poznań, który zaczynał wtedy budzić się do życia – pęczniejący nowymi miejscami kultury, knajpkami anektującymi ulice, wzmacniającą się rolą ruchów miejskich i alternatywnej kultury, Poznań aktywny i dyskutujący.

Przez lata pracy na antenie radiowej to jemu się przyglądałam, opisywałam, wypytywałam
o niego właśnie, czując, że dzieje się coś ważnego, że ludzie wcześniej przez lata skupieni na dorabianiu się, chcą poczuć wspólnotę, zadbać o to, co wcale nie jest po ich stronie płotu – zieleń, architekturę, dostępność kultury, w końcu udział w decydowaniu o świecie i otoczeniu w jakim żyjemy.

Nie łudzę się, że taki partycypacyjny Poznań jest powszechną potrzebą, nie jest też tak, że obraz ten się spełnił, a nawet jeśli w częściach, to że jest doskonały. To proces. Ważne, że się dzieje.

W tym procesie widzę swoją aktywność w mieście.

Po pierwsze dzielenie się. Od półtora roku jestem zaangażowana w idee Givebox Poznań
i wyrastająca z niej Po-Dzielnię. Giveboksy to kilka szaf działających w i pod Poznaniem, miejsca, w których można zostawić niepotrzebne nam przedmioty, by służyły innym. To idea wyrastająca ponad kapitalizm, pozbawiona zysku, całkowicie bezinteresowna, nie ma tu wymian, sprzedaży przedmiotów z drugiej ręki. Jest potrzeba dzielenia się, dawania.

Mówimy: sharing is caring, dzielenie się jest troską. Troską o drugiego człowieka i środowiska. Nie tylko oddaj, weź również – wyobraźcie sobie, że z tym jest największy problem. Szafy do dawania wcale nie stoją puste. Są notorycznie przepełnione, bo nasze społeczeństwo chociaż chce się dzielić, nie umie jeszcze korzystać z używanego – ono kojarzy się z biedą. W świecie zalanym tonami odpadów, w którym luksusowe marki palą niesprzedaną odzież na tony, tłumacząc się ochroną ekskluzywnością marki to nasze największe wyzwanie. Nauczyć się nie kupować, ale korzystać z tego co już jest wyprodukowane. Powiedzieć stop rozbuchanemu konsumeryzmowi, który niszczy nasze środowisko.

Temu ma służyć Po-Dzielnia, Centrum Ekonomii Współdzielenia, projekt, który będziemy prowadzić przy Głogowskiej 27 w Poznaniu. Wygraliśmy lokal w miejskim konkursie. Chcemy tam uczyć naprawiania, przerabiania, używania przedmiotów, chcemy międzypokoleniowo
i międzygrupowo integrować ludzi, bo to udaje się robić już przy szafach, widzimy, że to działa.

Druga noga mojego społecznego zaangażowania ma aspekt globalny. Łatwo można byłoby popaść w patos i powiedzieć: to praca dla pokoju na świecie. A tak naprawdę chodzi o przyjmowanie we własnym domu młodzieży ze świata, która przyjeżdża do tu szkół.

Niewiele? Niewiele w istocie, wikt i opierunek, codzienne rozmowy z „synem, „córką”, a czasem też z ich nauczycielami… Ale efekt okazuje się wielki – nazywamy go „afseffect”.

AFS, organizacja, której jestem wolontariuszką, od kilku lat obecna jest w Poznaniu, niewiele dłużej w Polsce, ale jej początki sięgają I wojny światowej i pól bitewnych, gdzie młodzi lekarze nieśli pomoc. Po tym doświadczeniu postanowili zapobiegać wojnom poprzez wymianę młodzieży z całego świata. To trwa i rozwija się, stanowiąc gigantyczną przygodę życia dla setek licealistów z różnych krajów, którzy uczą się nowych kultur i języków, żyją na prawach członka rodziny w domach nagle otwartych, właśnie dla nich. Uczą się o tolerancji, prawach obywatelskich, wolności, demokracji, wielu z nich w przyszłości będzie pracować w dyplomacji, sektorze pozarządowym. W Poznaniu w czerwcu zamalowywali hasła nienawiści. Bo kto, jak nie oni?

Podczas mieszkania w Poznaniu (uwaga, wciąż szukamy rodzin goszczących!) przesiąkają tym, co ważne dla nas. Dlatego dla mnie wielką satysfakcją było zobaczyć, jak mój turecki syn, Benhur, do tej pory przyzwyczajony do zakupów markowych ubrań w najdroższych centrach handlowych Izmiru, idzie wraz ze mną na poznańską wyprzedaż garażową dla syryjskich uchodźców i tam zaopatruje się w koszule, wiedząc jednocześnie jaki jest pozamaterialny sens tego, co robi.